Bruksela upomina się o podstawowe prawa Polaków

Uruchomienie art. 7 to nie jest dobra wiadomość dla Polski – ale z zupełnie innych powodów, niż twierdzą stronnicy rządu w sporze z Komisją Europejską. To zwyczajnie nieprawda, że Bruksela tępi Polskę za jej dążenie do niezależności, za jej szlachetne wyłamywanie się z szeregu działających na modłę "la pensée unique". Zgrzebna prawda jest zaś taka, że Bruksela reaguje na łamanie zasad cywilizowanego państwa. One obowiązują wszędzie w kręgu zachodniej cywilizacji – równie dobrze w Australii, w USA, jak i w Unii. Co więcej, Polska przyjęła te zasady już w 1989 i 1990 r., a więc z chwilą, gdy mogła wreszcie zrzucić znienawidzony sowiecki gorset, potem jedynie doskonaliła zachodnie instytucje prawne (sławetne "les acquis communautaires"), po to, by wejść do Unii.

Wyroki sądowe "na telefon" z KW czy z KC PZPR były właśnie tym nieznośnym skutkiem przynależności Polski do bloku sowieckiego, uwolnienie się od tej przynależności dało nam możliwość stworzenia niezawisłego sądownictwa. Że ono nie działało dobrze, to wszyscy wiemy, ale wady polskich sądów w III RP nie polegają zasadniczo na tym, że jest politycznie sterowane, tylko głównie na tym, że jest przewlekłe. W tej sprawie tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości nie przynoszą nic nowego, zaś czystka kadrowa w sądach i ogromne możliwości wpływania na wyroki przez władzę polityczną to jest leczenie grypy cholerą. Owszem, system nie działał dobrze, ale odtąd będzie działał gorzej, tyle że z korzyścią dla władzy i jej protegowanych. To jest regres, to jest powrót do standardów państwa typu sowieckiego i za to Bruksela chce ukarać Polskę.

Reklama

Czy jej nie wolno? Owszem, wolno. Polska mogła po 1989 r. pozostać państwem neutralnym, nie przyłączać się do jakichkolwiek porozumień międzynarodowych oraz ponadnarodowych. Otóż to, UE nie jest organizacją międzynarodową, czego ani wyborcy PiS-u, ani nawet jego liderzy nie pojmują, a jeśli nawet nieliczni to wiedzą, to udają, że tak nie jest. A to ma swoje konsekwencje.

Już wchodząc do Rady Europy w 1991 r., a więc ledwo dwa lata po odzyskaniu niepodległości, Polska zgodziła się na to, że wyroki jej sądów będą monitorowane przez Europejski Trybunał Praw Człowieka i odtąd ogromna liczba obywateli Polski korzystała z prawa "skargi do Strasburga", po wyczerpaniu całej drogi prawnej w Polsce. Ale Rada Europy jest tylko swego rodzaju klubem państw, które deklarują, że się dobrze prowadzą pod kątem przestrzegania praworządności. Rosja też to deklaruje i mimo że praworządność  łamie na potęgę, pozostaje w Radzie. Taka już uroda Rady Europy.

W Unii jednak już tak łatwo nie jest. Kto tam wchodzi, a nie respektuje podstawowych zasad, naraża się na kłopoty. Wiedzieliśmy to wchodząc do UE, w 2004 r., nie dziwmy się, że dzisiaj Unia mówi: "słowo się rzekło, kobyłka u płotu".

Co z tej awantury wyniknie, nie wiem. Być może Węgry (które przecież są następne w kolejce) uratują nas i nie zostaniemy pozbawieni prawa głosu w Radzie Europejskiej, ani nie spadną na nas sankcje. Ale w takim przypadku doprawdy trudno sobie wyobrazić, że już to Bruksela (Komisja, Rada i Parlament), już to poszczególne państwa członkowskie będą z nami nadal współpracować, jak gdyby nic się nie stało.

Polska i tak - bez afery z sądownictwem - do tej pory marudzi i nie chce wchodzić w prawie żadne inicjatywy bliższej współpracy (silniejszej ponadrządowej integracji). Już teraz mamy z tym kłopot. Jeśli nic nie zmienimy w ustawach sądowych (właśnie prezydent Duda ogłosił, że podpisze ustawy o KRS i o SN, co przewidywałem, niestety), to mamy jak w banku, że ogromna większość "starej Unii", a i pewna część "nowej Unii" odwróci się do nas plecami. Po prostu zostawią nas na głębokich peryferiach - w najlepszym razie. Trzeba być kompletnym ignorantem w kwestii geopolitycznego położenia Polski, żeby się godzić na taką perspektywę. Przecież ona wepchnie nas w strefę zależności od Rosji.

Odpieranie tego scenariusza argumentem, że nie możemy się godzić na "uległość  wobec Brukseli, Berlina, Paryża", to dziecinada. Bo pomyślny tylko: czego my (my - Polska) w końcu bronimy? Gdyby Unia rzeczywiście narzucała nam coś ekstrawaganckiego (bo ja wiem, na przykład prawo do małżeństwa  osób tej samej płci), rozumiałbym postawę nieulegania Brukseli. Gdy jednak Unia chce nas przymusić do respektowania zasad, o których całe pokolenia Polaków śniły w czasach PRL-u, by je u siebie mieć, to postawa takiej niezależności jest czystym idiotyzmem. To jest niezależność typu: "na złość mamie odmrożę sobie uszy".

Do diabła z takim "wstawaniem z kolan"! Ono prowadzi nas w objęcia Putina. Tego naprawdę chcecie, Panie i Panowie zwolennicy Dobrej Zmiany?

Roman Graczyk  

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje