​Dżihad - indoktrynacja - dobre rady z Polski

5 tys. bojowników przybyłych z Europy walczyło w szczytowym momencie po stronie Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku. Z tych 5 tys. około 2 tys. to obywatele Francji. Dopokąd Państwo Islamskie trzymało się mocno, we Francji problemem były wyjazdy na Bliski i Środkowy Wschód - dyskutowano zwykle o konwersjach młodych ludzi z przedmieść, o zdziwieniu ich przyjaciół i rodziny, gdy nagle dowiadywali się, że ich Ahmed czy Mohamed, taki miły i uczynny dla wszystkich chłopiec, właśnie walczy o panowanie kalifatu gdzieś na pograniczu iracko-syryjskim. Zdarzało się, że szok był większy, kiedy przyjaciele i rodzina dowiadywali się, że Ahmed czy Mohamed właśnie poderżnął gardło jakiemuś zachodniemu jeńcowi w rękach Państwa Islamskiego, co uwieczniono, a filmik wideo - ku przestrodze niewiernych - zamieszczono w sieciach społecznościowych.

Wreszcie nadszedł kres Państwa Islamskiego, jeśli rozumieć przez państwo również posiadanie określonego terytorium. Bojownicy Daesh działają teraz w rozproszeniu. Owszem, zachowują jeszcze zdolność szkodzenia zachodniemu szatanowi (zamach w Marsylii kilka dni temu), a co najmniej - zdolność przypisywania sobie zamachów, z którymi nie mają nic wspólnego (zamach w Las Vegas), ale nie zarządzają już zwartym terytorium, nie prowadzą też regularnej wojny naziemnej. Wielka liczba żołnierzy jest w tym momencie zbędna. Ci, którzy przeżyli ostatnie ofensywy wojsk rządowych irackich, syryjskich i - co ważne - wojsk kurdyjskich, muszą teraz znaleźć sobie gdzieś miejsce. Część z nich wraca do Europy, zatem Francja jako największy - by tak rzec - "dostawca" żołnierzy ze Starego Kontynentu, staje automatycznie przed największym problemem. Odtąd kłopotem nie są już wyjazdy na dżihad, kłopotem stały się powroty z dżihadu.

Reklama

Wszyscy powracający z tamtego kierunku są sprawdzani, a ci, których podejrzewa się o związki z terroryzmem, zostają aresztowani, po czym odpowiednie komórki antyterrorystyczne w służbach specjalnych i w prokuraturze dokładnie ich prześwietlają. Część z tych podejrzanych staje przed sądem, część z oskarżonych zostaje skazana. W takim przypadku problemem stają się ich dzieci, także przybyłe z Bliskiego i Środkowego Wschodu.

I nie chodzi tylko o to, że trzeba się zająć dziećmi, bo rodzice idą za kratki - to byłoby banalne. Jest inny problem, który dobitnie pokazał emitowany wczoraj w kanale France5 film Les Enfants de Daesh - chodzi o to, że te dzieci same podlegały przez kilka lat dżihadystowskiej propagandzie, a jak dobrze wiemy - my, którzyśmy doświadczyli innej totalitarnej propagandy - umysł dziecka jest szczególnie podatny na skrajnie uproszczony obraz rzeczywistości i wiemy też, że czym skorupka nasiąknie za młodu... Inaczej mówiąc, we Francji rozpowszechniona jest obawa, że te dzieci mogą się stać po latach, gdy dorosną, bombą z opóźnionym zapłonem.

Film, o którym wspominam, szczegółowo opisuje to, co już wcześniej w ogólnych zarysach było wiadome o indoktrynowaniu przez Daesh dzieci przybyłych z Europy, albo tam urodzonych w ciągu kilku minionych lat. Wiadomo było wcześniej, że np. dzieci ćwiczą z bronią, a potem stopniowo są wykorzystywane w oddziałach zbrojnych w walce z "niewiernymi". Ale film pokazuje cały system edukacji zorganizowany przez Państwo Islamskie, nakierowany na - chciałoby się powiedzieć, pamiętając o komunistycznych doświadczeniach - stworzenie "nowego człowieka". Np. dzieci oglądają tam - niekiedy na żywo - sceny z okaleczania, a nawet zabijania ludzi, szczególnie sceny dekapitacji, która jest ulubionym sposobem zabijania przeciwników przez "żołnierzy Allaha". I otóż dzieci te - co widzimy na filmie - przyjmują te praktyki nie tylko bez przerażenia. One je przyjmują jako coś normalnego, bowiem nauczono je, że w ten sposób wymierzana jest słuszna kara tym, którzy obrażają Allaha. I one w to wierzą.

Teraz te dzieci lądują nagle we Francji, w innym niewątpliwie kontekście cywilizacyjnym. Ale skoro ich ojcowie, wychowani w laickiej szkole, okazali się podatni na wezwania mułłów do zniszczenia zachodniej, a więc bezbożnej cywilizacji, to tym bardziej one, wychowane w kulcie przemocy w imię rządów Allacha na ziemi, mogą któregoś dnia dołączyć do dżihadu czy to na ziemiach islamu, czy to we Francji - bo i ona ma się przecież, wedle ideologii dżihadystowskiej, stać ziemią islamu. Aby dojść do tego szczytnego celu, trzeba tylko poderżnąć gardło jakiemuś księdzu przy ołtarzu, zabić z kałasznikowa policjanta, albo wysadzić się w powietrze na ruchliwej paryskiej ulicy. Stąd obawa o los tych dzieci jako bomb z opóźnionym zapłonem.

Ich wychowanie, ich psychiczna rekonstrukcja, a potem uczynienie ich częścią zachodniego społeczeństwa jest wielkim wyzwaniem. I wielką troską państwa.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, żeby na tym przykładzie pokazać, jak bardzo oderwane od rzeczywistości są dobre rady słane z Polski (szczególna dedykacja dla Pana Ministra Błaszczaka) do Francji w przedmiocie rozwiązywania problemów imigracyjnych i ich pochodnych (dżihadyści z Europy są najczęściej potomkami imigrantów). Te dobre rady zazwyczaj sprowadzają się do prostej zachęty "nie wpuszczać!". Otóż w tym przypadku ich wartość jest, z przyczyn zrozumiałych, zerowa.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje