​Francja ma nowy rząd

Jak chce tradycja, zaraz po wyborach prezydenckich nowy lokator Pałacu Elizejskiego mianował premiera i nowy rząd, mimo że nie ma (jeszcze?) większości parlamentarnej - tę może uzyskać, jeśli wyborcy okażą konsekwencję i wprowadzą (11 i 18 czerwca) do Pałacu Burbońskiego deputowanych, którzy będą wdrażać program wyborczy Emmanuela Macrona, uchwalając stosowne do tego ustawy.

Skład rządu Edouarda Philippe’a jest osobliwy, poczynając od osoby premiera. Nie mam tu - naturalnie - na myśli cech ludzkich premiera i ministrów, ani ich niedostatków kompetencji. Mam na myśli osobliwość polityczną tego zespołu.

Reklama

Premier jest merem Hawru i deputowanym partii opozycyjnej Republikanie, brał czynny udział w kampanii wyborczej Alaina Juppe’go, a potem Françoisa Fillona. Z tej drugiej wycofał się w obliczu zarzutów stawianych Fillonowi, ale to nie zmienia faktu, że Philippe był jeszcze kilka miesięcy temu czynny w akcji politycznej przeciwko kandydatowi Macronowi, teraz zaś staje się pierwszym wykonawcą programu prezydenta Macrona. Żeby powiedzieć krótko, a konkretnie: Edouard Philippe jako deputowany głosował przeciwko reformom inspirowanym przez ministra gospodarki Macrona, teraz prezydent Macron zapowiada zaostrzenie zmian, które wtedy zapoczątkował, a wykonawcą tego  zaostrzenia ma być polityk, który wtedy (w latach 2014-2016) sprzeciwiał się tym reformom.

Nowy minister gospodarki, Bruno Le Maire, w 2014 r. był kandydatem na szefa Union pour le Mouvement Populaire (obecnie Les Republicains) starował w prawyborach prawicy, czyli w konkurencyjnej formacji w stosunku do Macrona. Potem, już w wyborach, wspierał François Fillona i również - jak Philippe - opuścił byłego premiera z tych samych powodów. Tym niemniej ogłosił, że będzie na Fillona głosował, a pod adresem Macrona stwierdził publicznie, że ten kandydat jest "człowiekiem bez programu". Teraz zajmuje jeden z najważniejszych foteli w jego rządzie.

Rząd jest politycznie nadzwyczaj ekumeniczny: wchodzą doń politycy Partii Socjalistycznej, Republikanów, centrowej partii Mouvement Democratique, a także bezpartyjni. Spośród socjalistów w rządzie zasiadają: Jean-Yves  le Drian (minister obrony w rządzie Hollande’a, teraz minister spraw zagranicznych); Gerard Collomb (mer Lyonu, senator Partii Socjalistycznej, teraz minister spraw wewnętrznych), Richard Ferrand (deputowany Partii Socjalistycznej, którą opuścił kilka dni temu, teraz minister spójności terytorialnej); Christophe Castaneur (deputowany Partii Socjalistycznej, teraz minister do spraw relacji z parlamentem i rzecznik rządu). Spośród Republikanów: wymieniony już Bruno Le Maire oraz Gerald Darmanin (były deputowany, później wiceprzewodniczący regionu Hauts-de-France - obie funkcje z ramienia Les Republicains, teraz minister Skarbu Państwa). Spośród centrystów; François Bayrou (były minister, przewodniczący MoDem, teraz minister sprawiedliwości), Sylvie Goulard (eurodeputowana Modem, teraz minister obrony), Marielle de Sarnez (eurodeputowana MoDem, teraz minister do spraw europejskich). Bezpartyjnych jest w rządzie najwięcej, ale tylko jeden sprawuje bardzo poważną funkcję: Nicolas Hulot, który jest ministrem ochrony środowiska.

Ta sprzeczność między ilością bezpartyjnych a ich realnym wpływem, wskazuje na pewnego rodzaju teatr polityczny, jakiego jesteśmy tu świadkami. Nie tylko pod tym względem, zresztą. Kandydat Macron zapowiadał także, a prezydent Macron to teraz wykonuje, że w jego rządzie będzie obowiązywać parytet kobiety - mężczyźni, pół na poł. No i obowiązuje, tyle tylko, że spośród ministrów-kobiet jedynie dwie objęły ministerstwa o większym wpływie politycznym: Sylvie Goulard (minister obrony) oraz Marielle de Sarnez (minister do spraw europejskich). Dodać jeszcze wypada, że zanim powołano rząd, ogłoszono skład ekip doradczych Pałacu Elizejskiego i Pałacu Matignon. W tych gremiach wszystkie ważne funkcje objęli mężczyźni.

Nie, nie jestem - wyjaśniam, gdyby ktoś nie wiedział - zwolennikiem parytetów kobiety - mężczyźni za wszelką cenę. Uważam, że trzeba dobierać do ważnych funkcji ludzi wedle ich kompetencji (a w polityce, także wedle ich politycznej kompatybilności) niezależnie od tego, czy są kobietami czy mężczyznami. Najwyraźniej prezydent Macron stanął wobec takiego kłopotu, że brakuje mu kobiet wystarczająco kompetentnych i politycznie kompatybilnych, a ponieważ obiecał udział 50/ 50, toteż dobrał brakującą mu ilość kobiet, powierzając im funkcje podrzędne. Takie są owoce politycznej poprawności.

Czy ten rząd dobrze rokuje? Nie najgorzej, moim zdaniem. Jeśli uda mu się przeprowadzić zmiany, których nie udawało się zrobić od dawna, a które blokują rozwój tego pięknego kraju, będzie to dowód na główną bodaj tezę polityczną Emmanuela Macrona, że sztywny podział prawica - lewica jest absurdalny.

Ale, żeby ten rząd w ogóle miał szanse zrobić to, co zamierza, najpierw obóz nowego prezydenta musi wygrać wybory parlamentarne. Wszystko jeszcze przed nami.

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje