Francja przed wyborami: seria politycznych trzęsień ziemi

Takiej sytuacji przedwyborczej, jak tegoroczna, jeszcze we Francji nie było.

Najpierw Emmanuel Macron, minister gospodarki, ważny polityk rządzącej większości (chociaż spoza Partii Socjalistycznej, trochę tak jak u nas spoza PiS-u doszlusował do rządzącej ekipy Mateusz Morawiecki), złożył dymisję, po czym ogłosił, że kandyduje w wyborach prezydenckich. Wtedy, w lecie ubiegłego roku, dymisja Macrona była posunięciem wymierzonym w urzędującego prezydenta, który jeszcze liczył na to, że sam będzie kandydatem - potem sprawy potoczyły się inaczej. A Macron jest dziś poważnym pretendentem do Pałacu Elizejskiego.

Potem w prawyborach prawicy i centrum nie zwyciężył ani Alain Juppé, ani Nicolas Sarkozy - chociaż przez długie miesiące, a nawet do ostatnich dni przed pierwszą turą, oni byli faworytami. Zwyciężył kandydat nr 3 - François Fillon i to miażdżąc swojego konkurenta w drugiej turze (70 do 30).

Reklama

Następnie, wbrew tradycji sięgającej 1958 roku, urzędujący prezydent nie zgłosił zamiaru walki o drugą kadencję. To nie było - w sensie politycznym - wielką niespodzianką, bowiem już od dawna, od roku czy dwóch, mówiło się, że jeśli bilans prezydentury François Hollande’a wyraźnie nie poprawi się, to nie będzie on miał najmniejszych szans na reelekcję, a w takiej sytuacji może poddać się w przedbiegach. Tak też się stało. Od strony instytucjonalnej patrząc,  to jest jednak sensacja, taka rzecz zdarzyła się po raz pierwszy od epoki generała de Gaulle’a, który przemodelował ustrój polityczny Francji w taki sposób, że uczynił jego osią osobę prezydenta - a w tych warunkach było nie do pomyślenia, żeby szef państwa nie ubiegał się o drugą kadencję. Blisko 60 lat tak było, ale już nie jest.

 Dalej, w prawyborach lewicy i ekologów zwyciężył kandydat lewego skrzydła Partii Socjalistycznej, Benôit Hamon. Natomiast kandydat prawego skrzydła (tego, które de facto rządzi Francją od 2012 r.), do niedawna premier, Manuel Valls, poległ. Nie była to klęska (42 do 58), ale wyraźny sygnał, że lud socjalistyczny pokazuje swoim przywódcom jeszcze raz czerwoną kartkę. A to może zapowiadać dalsze ruchy tektoniczne w partii, która od początku lat 70. była biegunem stabilizacji francuskiej sceny politycznej.

W końcu, od 3 tygodni François Fillon jest w potężnych tarapatach, w związku z oskarżeniami o fikcyjne zatrudnianie swojej żony w charakterze asystentki parlamentarnej. Oskarżenia są poważne, część dotychczasowych zwolenników Fillona burzy się, prokuratura prowadzi postępowanie sprawdzające, decyzja co do wszczęcia (lub umorzenia)  śledztwa zapadnie zapewne już po terminie zgłaszania kandydatur - a zatem nad kandydaturą Fillona zawisł wielki znak zapytania. Nie zdziwię się, jeśli były premier w końcu się wycofa z rywalizacji, mniej czy bardziej naciskany na rezygnację przez własną partię.

Nie wiadomo, czy w tej sytuacji nie czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Wielki nieobecny tych wyborów, François Bayrou (nic nie poradzę, że to już trzeci Franciszek w tej historii), ciągle zwleka z ostateczną decyzją, ale biorąc pod uwagę kalendarz wyborczy oraz wyżej wymienioną serię nieszczęść politycznych jego konkurentów, być może powie - po raz  czwarty - "startuję". A to mogłoby zmienić obraz, jaki teraz się rysuje.

Teraz bowiem najbardziej prawdopodobna konfiguracja drugiej tury to Macron - Le Pen, zaś po wejściu Bayrou do rywalizacji, to mogłoby się jeszcze zmienić. No i nie zapominajmy, że kandydat LR, który być może zastąpi Fillona, też możne nie być bez szans.

Słowem: jest ciekawie jak nigdy. Ale to pasmo politycznych trzęsień ziemi nie jest przypadkiem. Zdradza ono głębsze zjawiska i o nich - w gruncie rzeczy - warto rozmawiać. Ale to może innym razem.

Roman Graczyk  

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy