Fundusz Kościelny - po prostu przeżytek

Premier zapowiedział likwidację Funduszu Kościelnego. Podniosły się na to głosy, że super, bo trzeba wreszcie skończyć z uprzywilejowaniem kleru oraz takie, że skandal, bo Kościół w Polsce ma moralny tytuł do uprzywilejowania. Nie jestem ani pierwszego, ani drugiego zdania.

Pierwsza i zasadnicza sprawa jest taka, że Fundusz Kościelny powstał jako swoista rekompensata za zajęcie dóbr kościelnych przez władze komunistyczne doby stalinowskiej. Podkreślam słowo "swoista". Nie po to bowiem komuniści zabierali Kościołowi własność (ziemię i nieruchomości), żeby mu tę stratę w rzeczywistości w inny sposób rekompensować. Chodziło jedynie o to, żeby wziąć kler na państwowy garnuszek po to, żeby go uczynić zależnym od państwa.

Reklama

W Polsce nie zaszło to nigdy tak daleko jak w Czechosłowacji, gdzie księża i zakonnicy stali się jak gdyby funkcjonariuszami państwowymi. U nas nie było aż tak, ale Fundusz Kościelny, oprócz tego, że wypłacał księżom emerytury, mógł być narzędziem szantażu: "władza ludowa" mogła w każdej chwili przestać je wypłacać, jeśli taka tylko byłaby jej zachcianka.

Po 1989 r., kiedy zaczął się szeroko zakrojony proces restytucji kościelnej własności, należało od razu zapowiedzieć, że z chwilą zakończenia tego procesu (a w każdym razie zakończenia jego zasadniczej partii) Fundusz zostanie zlikwidowany po prostu dlatego, że straci rację bytu. Skoro Kościołowi zwraca się jego własność, to nie ma powodu, żeby państwo nadal wypłacało księżom świadczenia socjalne.

Komisja Majątkowa pracowała, jak pracowała, mniejsza teraz o to, ważne że jej misja się zakończyła, pozostałe rewindykacje kościelne będą rozstrzygane przez sądy. Księża albo pracują i wtedy ich pracodawca (szkoły, uniwersytety) odprowadza do ZUS składki, albo są dysponentami własności (niekiedy o znacznej wartości) i wtedy stać ich na emerytury z trzeciego filara, albo wreszcie sami są przedsiębiorcami - wtedy, jak wyżej.

Nie ma już powodu, żeby ten ciężar spoczywał na państwie, czyli na budżecie, czyli na podatnikach. Nadto w demokracji nie ma powodu, że państwo posiadało tego rodzaju instrument kontroli nad Kościołem, niezależnie od tego, czy go wykorzystuje czy nie.

Kwestia dawniejszych (sprzed 1989 r.) zasług Kościoła dla wolnościowych rewindykacji nie ma tu nic do rzeczy. Te zasługi nie ulegają najmniejszej wątpliwości, ale co ma piernik do wiatraka?

Gdyby 30 lat temu jakiś opozycjonista powiedział duchownemu wspierającemu opozycję: "O.K. - jak dojdziemy do władzy, damy wam przywileje", byłoby to dla takiego duchownego obraźliwe. Nie dlatego, przecież różni dzielni ludzie Kościoła coś ryzykowali, że liczyli na jakieś profity w przyszłości. Ryzykowali, bo uważali, że tak się godzi postępować chrześcijaninowi w państwie komunistycznym.

Jestem za tym, żeby nie mieszać porządków. Jest porządek zdrowego systemu emerytalnego, w tym systemie nie mieści się taka konstrukcja jak Fundusz Kościelny. I jest porządek zasług dla wolności i demokracji. Są to porządki doskonale oddzielne.

I tego się trzymajmy.

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: Nie | Po prostu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy