Graczyk: Zrobimy wam wszystkim dobrze

Kiedy patrzę na dziwny piruet premiera Grecji Alexisa Tsiprasa, w postaci rozpisania referendum tuż przed finałem negocjacji z wierzycielami, pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to abdykacja. A zaraz potem przychodzi mi do głowy, że grecka zaraza zmierza do Polski.

Jeśli wygrywa się wybory pod hasłem wyrwania Grecji spod dyktatu międzynarodowej finansjery, po czym na kilka dni przed terminem spłaty kolejnej transzy zadłużenia (30 czerwca Grecja miała spłacić 1,6 mld euro) odchodzi się od stołu negocjacyjnego poprzez rozpisanie referendum, to jest  ucieczka. Nazywając rzecz po imieniu: ucieczka od odpowiedzialności.

Reklama

Słusznie nazwał to któryś z polityków niemieckich chowaniem się za plecami wyborców. Nie po to bowiem mamy demokrację przedstawicielską, żeby nie doprowadziwszy do końca pracy, którą greckiemu premierowi powierzyli wyborcy (głosując masowo na Syrizę i pośrednio wybierając Tsiprasa na premiera) mówić głośno: nie  wiem, co mam zrobić. Tsipras został wybrany dlatego, że mówił coś przeciwnego: wiem, co mam zrobić, żeby wyprowadzić Grecję z pętli zadłużenia i ustawić ją na drodze rozwoju gospodarczego. Być może się mylił, ale jest faktem, że przedstawił pewien plan, który miał zostać wdrożony. Potem, po owocach, jakie on przyniesie, miał zostać oceniony ten plan, a także Syriza i w końcu sam premier Tsipras. Wtedy, w zależności od tej oceny, Syriza i jej przywódca byliby utwierdzeni w swoich pomysłach, albo zdezawuowani. Ale najpierw musieliby doprowadzić swoje zamiary (które - przypomnijmy - wyniosły ich do władzy) do skutku. Mogli przyjąć żądania wierzycieli, albo dalej negocjować (pozostawało jeszcze kilka dni, mało, ale jednak ...), albo w końcu odrzucić te żądania. W każdym jednak wypadku premier brałby na siebie odpowiedzialność za podjętą decyzję. A tak - spycha odpowiedzialność na obywateli.

Mamy więc (prawdopodobnie, bo w ostatnich godzinach spekulowano, że może jednak do niego nie dojść) referendum i to sami Grecy mają ocenić, czy propozycje "trojki" (Komisja Europejska, EBC i MFW) są, czy też nie są, do przyjęcia.

Powiedzmy wprost: to nie jest sprawa poddająca się ocenie zwykłych zjadaczy chleba. Oczywiście, wielu ludzi ma opinię w sprawach, o których nie ma zielonego pojęcia, ale to nie zmienia faktu, że pojęcia nie mają. Zwykły zjadacz chleba tego po prostu nie wie. A nawet więcej: niewiele z tego rozumie. I po to właśnie wymyślono demokrację przedstawicielską z rządem odpowiedzialnym przed parlamentem, z zespołami ekspertów, znających się o wiele lepiej niż premier i jego ministrowie na technicznych aspektach sprawy, żeby zwykły zjadacz chleba nie musiał brać za to odpowiedzialności. Bo to nie jest jego rola - na szczęście.

Jego rolą jest wybrać ekipę rządzącą i - o ile zezwala na to system polityczny, i to jest główna miara jego wydajności - rozliczyć tę ekipę z wykonania zadania. Na plus, albo na minus. Jeśli na minus, do władzy dochodzi nowa ekipa, z innym planem. Wmawianie ludziom, że da się rządzić w sposób bezpośredni jest regresem cywilizacyjnym. Od tego ludzkość odeszła już kilka tysięcy lat temu, potem długą drogą prób i błędów zbudowano system reprezentacyjny. Klasę polityka poznajemy dziś nie po tym, że mówi nam: zrobię dla was wszystko, co tylko chcecie, lecz po tym, że ma odwagę powiedzieć: referendum nie jest adekwatnym narzędziem do rozwiązywania wszystkich, a szczególnie tych najbardziej skomplikowanych, problemów.

Odwagi tej ewidentnie zabrakło elicie greckiej. Ale coraz bardziej zaczyna jej brakować elicie polskiej - opozycji i władzy pospołu. Referendum z inicjatywy prezydenta Komorowskiego jest bez sensu. Na pierwsze i drugie pytanie ogromna większość Polaków po prostu nie będzie potrafiła odpowiedzieć. Wielu z nich uwierzy, że potrafi, ale w gruncie rzeczy będą się kierować racjami powierzchownymi i drugorzędnymi. Na pewno nie potrafią całościowo zanalizować tych zagadnień. Zagłosują więc tak, jak im podpowiedzą politycy, a ci będą podpowiadać raczej argumenty głupie niż mądre, bo tych drugich prawie nikt nie zrozumie. Z kolei trzecie pytanie, jest z rodzaju: czy chcesz być bogaty, młody i zdrowy. Nie ma sensu o to pytać, bo wszyscy chcą.

Ale, jak się okazuje, jeden humbug nie wystarczy. Bo oto Prawo i Sprawiedliwość pozazdrościło Platformie i prezydentowi, i próbuje "dopisać" do referendum swoje pytania: o wiek emerytalny, czy wiek obowiązkowej skolaryzacji dzieci i o państwowy status Lasów Państwowych. Czyli znowu: czy chcesz być bogaty, młody i zdrowy. A któż by nie chciał?

Grecja, między innymi wskutek schlebiania takim sentymentom, znalazła się na skraju bankructwa. Polska wielkim wysiłkiem odbudowuje się jako kraj jako tako wydolny gospodarczo, jako tako przewidywalny. Jeśli udało się nieco zmniejszyć deficyt ZUS-u, a i tak jest on ogromny, to obniżenie wieku emerytalnego, przy tej demografii, jaką mamy, wiedzie prostą drogą do zmarnowania tego wysiłku. Ten większy deficyt doprowadzi do większych obciążeń pracujących i do mniejszych świadczeń dla emerytów. Inaczej się nie da. No, ale trzeba walczyć o głosy ludzi, którzy przeważnie takich rachub nie przeprowadzają, a chcą wyższych emerytur wcześniej.

Któż by nie chciał?

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje