Kampania jakiej nie było i Francja jakiej nie było

Tegoroczne wybory prezydenckie we Francji przejdą do historii. Może nie ze względu na ostateczny wynik (chociaż dziś zwycięstwa Marine Le Pen, co byłoby niespodzianką, wykluczyć nie możemy), ile ze względu zaburzenie starych mechanizmów politycznych - i to wielokrotne. Wszystko w tej kampanii było inaczej, niż chce dotychczasowa tradycja - i ta polityczna, i ta instytucjonalna.

Pisałem tu o tym przed kilku tygodniami, zaznaczając zarazem, że te anomalia są przejawem jakichś zmian głębszych, osadzonych nie w polityce już, lecz w zjawiskach bardziej podstawowych. Dziś zatem przypomnę tylko w skrócie te odmienności tegorocznej kampanii, by przejść następnie do owych głębszych zjawisk.

Powtórzmy zatem, że niespodzianką zakończyły się prawybory zarówno na umiarkowanej prawicy (wygrał je François Fillon), jak i na umiarkowanej lewicy (wygrał je Benoît Hamon); nie wystartował urzędujący prezydent (François Hollande), co zdarzyło się po raz pierwszy w V Republice; minister finansów (Emmanuel Macron) ustąpił z rządu, by ogłosić się kandydatem, czym dodatkowo zabiegł drogę prezydentowi; niemal pewny, po swoim triumfie w prawyborach, kandydat do prezydentury (Fillon) popadł w kłopoty z wymiarem sprawiedliwości, co wybitnie osłabiło jego szanse na sukces - tyle zjawisk nietypowych wyliczyłem byłem w tekście przed kilkoma tygodniami. Ale potem przyszły nowe zjawiska nietypowe. Oto one.

Reklama

Na prawicy, wbrew tradycji politycznej i wbrew własnej zapowiedzi, Fillon nie dotrzymał słowa i nie zrezygnował z kandydowania, gdy wszczęto przeciwko niemu śledztwo. Z kolei na lewicy przegrany w prawyborach były premier (Manuel Valls) nie dotrzymał słowa i ostatecznie nie poparł zwycięzcy prawyborów, a swego konkurenta (Benoît Hammona). Na koniec, na 10 dni przed pierwszą turą stawka jest wyjątkowo wyrównana, co się nie zdarzyło od wielu dziesięcioleci. Mamy oto czworo kandydatów, którzy teoretycznie mogą liczyć na ostateczne zwycięstwo (panią Le Pen oraz panów: Macrona, Fillona i Melenchona), podczas gdy klasyczny układ to dwóch - trzech "grubych" kandydatów i reszta.

O czym to wszystko świadczy?

Po pierwsze, o zdestabilizowaniu dotychczasowego systemu partyjnego, z dwoma dominującymi formacjami: Partią Socjalistyczną na lewicy i Republikanami na prawicy. Dotychczasowa dominacja tych dwóch partii kończy się, ustępując miejsca czemuś nowemu, ale nie bardzo potrafimy powiedzieć, czemu.

Po drugie, o osłabieniu wpływu partii jako takich na życie polityczne. Partia Socjalistyczna nie potrafiła wymusić na głównym przegranym w prawyborach poparcia dla swojego oficjalnego kandydata. Tym samym sens prawyborów na lewicy legł w gruzach. Natomiast Republikanie nie potrafili wymusić na swoim kandydacie, który od pewnego momentu przestał być ich atutem, lecz stał się obciążeniem, rezygnacji.

Po trzecie, o trwałym wpisaniu się Frontu Narodowego w pejzaż polityczny Francji. Ludzie przestają się wstydzić, że głosują na FN, co było przez całe dziesięciolecia piętą achillesową tej partii. Sytuacja, w której kandydatka FN nie tylko ma szansę wejść do drugie tury, ale od wielu miesięcy plasuje się na czele rankingów poparcia, sprawia, że trudno nadal ją traktować jak wybryk. Lubi się ją, lub nie, ale ona jest trwałym faktem politycznym wielkiej wagi. Zapewne jeszcze tym razem nie wygra, bo w drugiej turze będziemy mieli do czynienia z układem "wszyscy przeciwko Marine Le Pen", ale fakt, że to ona ma wielkie szanse wygrać pierwszą turę, ma wielkie znaczenie. Nie tylko symboliczne.

Po czwarte, o nader prawdopodobnym schyłku Partii Socjalistycznej. To, co się wydarzyło, najprawdopodobniej doprowadzi do rozpadu PS. Oznaczać to będzie koniec epoki zapoczątkowanej na kongresie partii w Epinay w 1972 r. przez François Mitterranda, kiedy udało mu się scalić kilka formacji socjalistycznych w jedną partię, co zapowiadało dojście socjalistów do władzy.

I teraz, pytanie: z czego te ruchy tektoniczne w polityce z kolei wynikają? Moim zdaniem, wnikają z uogólnionego poczucia, że kończy się epoka. Kończy się czas, który można byłoby nazwać epoką elektryczności i stabilizacji, a nadchodzi czas, który można byłoby nazwać epoką Internetu i permanentnej niepewności. Inna staje się gospodarka (zglobalizowana), inna staje się praca (nieetatowa), inna staje się rodzina (patchowrkowa), religia i Kościoły w Europie schodzą na wąski margines (akurat we Francji dokonało się to już dawno, dawno), skończyło się bezpieczeństwo świata zachodniego (islamski terroryzm), inne są społeczeństwa zachodnie (wielokulturowe), inna jest relacja transatlantycka (Trump), inna jest relacja Zachodu z Rosją (Putin). Wszystko to jest inne dziś, niż było u schyłku XX wieku, kiedy Polska po z górą pół wieku wracała do zachodniej wspólnoty. Dziś ta wspólnota jest już inna, mniej pewna siebie, także mniej świadoma swojej tożsamości.

Wskazując na Internet, nie chcę przez to powiedzieć, że u podłoża tych wszystkich zmian leżą nowe formy i narzędzia informacji, chociaż z pewnością wpływ tego czynnika jest bardzo silny. Chcę powiedzieć, że nasz świat zmienia się w takim tempie, że nie nadążamy za tymi zmianami, a najbardziej nośnym symbolem nowych czasów nienadążania jest Internet właśnie.

Kiedy ludzie przestają wiedzieć, kim są, skąd idą i dokąd zmierzają, kiedy przestają czuć się panami swojego losu, głosują trochę jak popadnie. Stare partie i ich oferty nie mają  już dawnego blasku. Stara polityka nie pociąga. Wtedy na głosy mogą liczyć ludzie nowi, nie zużyci. Taki właśnie mamy też czas.

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje