Kampania prezydencka: Czego nam nie mówią kandydaci

W wyborach prezydenckich w Polsce tkwi pewien paradoks. Ludzie bardziej się nimi interesują, niż wyborami parlamentarnymi, chociaż to w tych drugich decyduje się, kto będzie rządził. W naszym systemie politycznym prezydent nie rządzi. Naturalnie żaden kandydat tego wprost nie powie, bo inaczej nie miałyby żadnego sensu góry obietnic – przynajmniej składane w takiej formie, jak to widzimy.


Kandydaci zamiast obiecywać rzeczy konstytucyjnie niemożliwe, powinni mówić: będę namawiał rząd do takiej to a takiej polityki. To byłoby uczciwe, ale jest, jak jest.

Reklama

Z faktu, że prezydent nie rządzi, nie wynika jednak, że jest to figura bez wpływu na rządzenie. Wpływ na rządzenie jest radykalnie większy, gdy prezydent może liczyć na przychylność rządu, niż wtedy, gdy jest z rządem skonfliktowany. W tym drugim przypadku prezydent nie może prawie nic (weto, inicjatywa ustawodawcza i niewiele ponadto). Gdy zaś rząd jest mu przychylny, prezydent może go skutecznie inspirować, a w korzystnym układzie polityczno-personalnym (taki się wytworzył dla Bronisława Komorowskiego po wyjeździe Donalda Tuska do Brukseli) może nawet uzyskać pozycję ośrodka współrządzącego. Ale nawet wtedy nie może się to odbywać w jawnej kontrze do rządu i popierającej go większości parlamentarnej. Bo prawdziwym źródłem władzy wedle naszej Konstytucji są wybory parlamentarne. Z nich wyłania się większość sejmowa, a tą kieruje premier.

Biorąc te wszystkie zastrzeżenia pod uwagę, kandydaci powinni przedstawiać swój program tak: jeśli zostanę prezydentem oraz jeśli w wyborach parlamentarnych zwycięży/wejdzie do koalicji rządzącej bliska mi partia, będę namawiał rząd do takiej to a takiej polityki. Gołym okiem widać, że takie zastrzeżenie byłoby samobójcze dla połowy kandydatów w tych wyborach. Tylko Bronisław Komorowski i Andrzej Duda realnie walczą o ten urząd, inni walczą o co innego. Tylko Komorowski, Duda, Magdalena Ogórek, Andrzej Jarubas i - być może - Paweł Kukiz i Janusz Korwin-Mikke (dlaczego ci dwaj ostatni też, pisałem tu przed tygodniem) mogą - potencjalnie - liczyć na większość parlamentarną, jeśli ukształtuje się na jesieni odpowiednia, dogodna dla nich koalicja sejmowa.

Ponieważ kandydaci tych warunków politycznych przeważnie nie spełniają, unikają jasnego stawiania sprawy. I rzeczywistych problemów, przed jakimi stoi Polska. Dodatkowo skłania ich do tego... natura demokracji, która daje jeden głos i mędrcowi i głupcowi, a ponieważ tych drugich jest więcej, trzeba w kampanii starać się mówić na okrągło, podobać się wszystkim, i unikać kontrowersji. Tak gubi się w kampanii rzeczywista debata o prawdziwych problemach.

Dlaczego tyle czasu w końcówce kampanii poświęca się sprawom światopoglądowym, a więc sprawom, których polityczne (także ustawowe)  rozstrzygnięcia są zawsze koślawe? Bo przy ich pomocy można łatwiej odwołać się do emocji, a przez to łatwiej pognębić przeciwnika. A dlaczego tak mało mówi się o motorach i hamulcach rozwoju Polski (likwidacja przywilejów branżowych, naprawa instytucji ustroju politycznego, warunki wejścia Polski do strefy euro, udział Polski w dalszej integracji polityczno-gospodarczej Unii/ sprzeciw wobec tego procesu, konflikt Unii z Rosją, zagrożenie Zachodu radykalizmem islamskim)? Dlatego, że tu pole do emocjonalnych fajerwerków jest dużo mniejsze.

W efekcie ludziom, którzy starają się coś z polityki rozumieć, niewiele pozostaje w tej kampanii poza oceną adekwatności doboru krawatu do marynarki/żakietu do spódniczki, efektowności montażu spotów czy mniej lub bardziej sprawnego sposobu wypowiadania się kandydatów. Dzięki tej kampanii wiemy, kto lepiej uwodzi. To jest jakaś wiedza, owszem, ale niekoniecznie najważniejsza w ocenie kwalifikacji kandydata na ten akurat urząd.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy