Karol Marks i wszyscy jego ignoranci

200 lat temu urodził się w Trewirze Karol Marks. Dwa wydarzenia związane z upamiętnieniem tej rocznicy – jedno, 5 maja, w Trewirze z udziałem przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Calude Junckera; drugie w Pobierowie 12 maja z udziałem polskiej policji – dobrze oświetlają pomieszanie myślowe naszych czasów. A właściwie dwa pomieszania.

Przewodniczący Komisji Europejskiej powiedział w Trewirze, że "nie zachodzi żaden związek pomiędzy oryginalną filozofią Marksa a milionami zabitych i zniszczeniami" dokonanymi w imię tej filozofii. Otóż, Jean-Claude Juncker dotkliwie się myli. Wiele tęgich umysłów od jakichś 100 lat, poczynając od Mariana Zdziechowskiego, przez Witkacego, Orwella, po Malię, Kołakowskiego, Fureta i Besancona, zastanawiało się nad tym i żaden z nich nie przyznałby racji p. Junckerowi. Owszem, słowa mają konsekwencje. Idee Marksa - w tym, bodaj, najważniejsza o wyzwoleniu człowieka z głównych opresji tego świata przez likwidację prywatnej własności środków produkcji - również miały swoje konsekwencje. Dość powiedzieć, że wszystkie ustrojowe realizacje tych idei kończyły się gospodarczą klęską (czasami wręcz głodem) i masowym terrorem. Polacy świadomi swojej historii dobrze to pamiętają. A przecież PRL nie była najbardziej krwawą realizacją wizji Marksa, w ZSRR, na Kubie, w Kambodży było o wiele bardziej głodno i o wiele bardziej krwawo, a w Korei Północnej - jest do dzisiaj.

Reklama

Naturalnie, Marks nie równa się Stalin, ani Lenin, ani Castro, ani Pol Pot, ani Kim Ir Sen, ani jego wnuk Kim Dzong Un. Nikt poważny, włącznie z wyżej wymienionymi myślicielami, nie uznałby takiego utożsamienia za uprawnione. Nie wiemy, co by powiedział Karol Marks na utworzenie WKP(b) i na ustanowienie GUŁ-agów w Rosji. Ale wiemy, że przez wiele dziesięcioleci cała plejada intelektualistów zachodnich (polskich po 1944 r.), uznawała ZSRR za  miejsce, gdzie dokonuje się wyzwolenie człowieka. Przełomem stał się dopiero "Archipelag Gułag" Sołżenicyna i ruchy wolnościowe (czyli antykomunistyczne) w Europie Wschodniej - tu palma pierwszeństwa należy się "Solidarności", która ostatecznie pozbawiła to towarzystwo złudzeń co do natury "królestwa wolności" po naszej stronie muru.

Marksizm w Polsce po 1944 r. miał swoich kapłanów i swoich gorliwych wyznawców - stąd tak trafna jest formuła Miłosza na jego określenie: Nowa Wiara. Otóż, Nowa Wiara była mocna do 1956 r., potem mocny był rewizjonizm, który głosił, że trzeba marksizm oczyścić z błędów i wypaczeń, a wtedy na nowo zacznie on oświetlać drogę do wyzwolenia ludzkości. Rok 1968 w Polsce i w Czechosłowacji zabił te złudzenia po naszej stronie muru. Musiało upłynąć jeszcze parę lat, by Nowa Wiara wypaliła się także na Zachodzie. Owszem, tu i ówdzie znajdziemy jeszcze jej niedobitki (Arlette Laguillière) czy jej mutacje (Słavoj Żiżek), ale luminarze myśli nauk społecznych ani w Polsce, na Zachodzie nie głoszą dziś pochwały ZSRR i jego pochodnych.

Czym innym jest natomiast uznanie wpływu Marksa i marksistów na filozofię i socjologię od połowy XIX do połowy XX wieku. Ten wpływ był ogromny i - uwaga! - nie zawsze niszczący. Marks jako analityk sprzeczności kapitalizmu to był myśliciel, którego postury intelektualnej chyba nie da się podważyć. A zresztą, jeśliby nawet intelektualnie i moralnie zakwestionować u Marksa wszystko, zawsze pozostaje niezwykle ciekawe pytanie o wpływ tej myśli nie tylko na nauki społeczne, ale i na świat w ogóle - zachodni z rozwojem ruchów socjaldemokratycznych i komunistycznych; wschodni z zainstalowaniem tu reżimów politycznych o marksistowskiej proweniencji.

Krótko mówiąc: Marks to kawał naszej (zachodniej i wschodniej) historii idei i kawał naszej historii politycznej, złej czy dobrej, ale naszej. W tym sensie zawsze jest się nad czym zastanawiać.

Kiedy miałem dwadzieścia parę lat, uczestniczyłem w rozmaitych kółkach samokształceniowych, gdzie między innymi rozbieraliśmy na drobne Marksa. To były już czasy, gdy w Polsce niespecjalnie ktoś chciał Marksa bronić, raczej wyszukiwaliśmy u niego intelektualne źródła współczesnego nam totalitaryzmu. Te poszukiwania myślowe odbywały się skrycie (przed 1980 r.), a potem prawie że jawnie (w okresie 1980 - 1981), a potem znowu skrycie (w stanie wojennym). Niezależnie od poglądów ideowych, w których się różniliśmy (chociaż mało co do Marksa) marzyliśmy o Polsce, w której nie trzeba się będzie ukrywać z tym, że się czyta i dyskutuje dowolne książki, w której pojęcie "druk bezdebitowy" nie istnieje w życiu publicznym, a policja ściga przestępców - i tylko ich.

Otóż, gdyby nam ktoś wtedy powiedział, że wprawdzie dożyjemy wolnej Polski, ale zdarzy się w niej taki incydent, jaki się zdarzył w Pobierowie 12 maja, nie uwierzylibyśmy mu. Wysłanie policji na konferencję naukową o Marksie, żeby sprawdziła, czy aby nie propaguje się tam ideologii totalitarnej, to brzmi jak żart. Bardzo dobrze, że Pan Minister Brudziński przeprosił za ten incydent, jednakże ważkie pytania pozostają.

Jakie mechanizmy państwowe sprawiły, że prokurator postanowił uruchomić tę procedurę sprawdzającą? Jakie mechanizmy państwowe nie działają, że notorycznie policja nie reaguje na marsze byczych karków z faszystowskimi, a nawet nazistowskimi symbolami?

To, że na Zachodzie notorycznie nie docenia się ogromu strat, jakie wyrządził nam komunizm (a niekiedy także związku między komunizmem a marksizmem) to fakt. Ale dlaczego reakcją Polski na tę dewiacje myślenia musi być dewiacja odwrotna: utożsamianie Marksa z Leninem i Stalinem?

Chciałbym żyć w kraju, w którym żadne z tych dwóch pomieszań umysłu nie zajmuje miejsca na środku przestrzeni publicznej.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje