Matura dla wszystkich

Francuski parlament ostatecznie przyjął we wtorek ustawę zezwalającą parom homoseksualnym na zawieranie małżeństw oraz na adopcję dzieci. Po ostatnim głosowaniu deputowani lewicy zgotowali sami sobie standing ovation, minister sprawiedliwości Christiane Taubira (zgodnie ze zwyczajem, jej imię nosić będzie ta ustawa: „la loi Taubira”) ogłosiła, że w tym dniu we Francji zwyciężyła odwieczna idea wolności, a prezydent Hollande jeszcze raz zapewnił, że reforma nic nikomu (w domyśle: tradycyjnemu małżeństwu) nie odbiera.

Otóż nie jestem pewien, czy aby zwyciężyła idea wolności, ani tego, czy aby reforma nic nikomu nie odbiera. Zresztą, podobnie myśli dziś około połowa Francuzów. Stąd kolejne manifestacje w dniu uchwalenia ostatecznego tekstu, stąd zgłoszenie przez grupę opozycyjnych senatorów skargi do Rady Konstytucyjnej (odpowiednika naszego Trybunału Konstytucyjnego), stąd też zapowiedzi liderów opozycji, że po odzyskaniu władzy w 2017 roku zniosą lub poważnie zmienią tę ustawę.100

Reklama

Nie jestem pewien, czy zwyciężyła idea wolności, bo jak się ma do nowej ustawy wolność posiadania dwojga rodziców? Obyczaje się zmieniają, a wraz ze zmianą obyczajów niekiedy rozum zostaje przegnany z debaty publicznej. W 1999 r., kiedy uchwalano tzw. PACS (czyli ustawę o związkach partnerskich), ówczesny premier Lionel Jospin wypowiedział opinię, uważaną wtedy na lewicy za uprawnioną, a nawet dominującą: dla harmonijnego rozwoju dziecka trzeba, aby było ono wychowywane przez ojca i matkę, a nie przez dwóch ojców albo przez dwie matki.

Dzisiaj taka opinia uchodzi na lewicy za dziwaczną i jest mniejszościowa. Wolność dwóch panów (albo dwóch pań) pragnących wspólnie wychowywać dziecko stoi wyżej niż wolność dziecka do posiadania mamy i taty.

Nie jestem też pewien, czy nowa ustawa nikomu nic nie odbiera. Myślę, że odbiera wszystkim prawo do posługiwania się rozumem. Definiując małżeństwo jako związek dwóch osób odmiennej lub tej samej płci, zmienia radykalnie definicję małżeństwa. Odbiera ludziom tworzącym małżeństwa poczucie odrębności od ludzi tworzących homoseksualne konkubinaty.

W istocie są to dwie różne rzeczywistości faktyczne i dotychczasowa definicja małżeństwa (związek dwóch osób przeciwnej płci) wyrażała tę różnicę, zaś obecna definicja zaciera ją. W ten sposób Francja, kolebka praw człowieka, doszła do punktu, w którym przedstawiciele ludu umówili się, że odtąd kota będzie się nazywać psem.

Rozumując podobnie można byłoby uchwalić, że prawo jazdy wystawia się osobom umiejącym prowadzić pojazd mechaniczny na drodze publicznej, a także osobom, które tego robić nie potrafią. W końcu mamy wolność, prawda? Albo że matura należy się tym, którzy zdali odpowiednie egzaminy, a także tym, którzy ich nie zdali.

Mam dla panów (i pań) deputowanych nową propozycję, idącą jednak w duchu ich obecnej twórczości. Można by wprowadzić do ordynacji wyborczej następujący przepis: deputowanym zostaje kandydat, który w drugiej turze głosowania (we Francji obowiązują JOW-y w wyborach do izby niższej) uzyskał co najmniej 50 proc. głosów plus 1 głos, a także ten, który uzyskał ich mniej. Bo taka mniej więcej logika rządzi reformą prawa małżeńskiego.

Dlatego czarno widzę. Cywilizacja, która dobrowolnie godzi się na wygnanie z debaty publicznej rozumu, musi zginąć.

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy