"Młodzi w kapturach" - bis

Zwykle unikam dopisywania dalszych ciągów do swoich tekstów - tym razem postanowiłem zrobić inaczej. Skłaniają mnie do tego reakcje Szanownej Publiczności po moim tekście o rozruchach w Wielkiej Brytanii w ubiegłym tygodniu.

Oczywiście w komentarzach bardzo często mamy do czynienia z opiniami skrajnymi. Bardzo często przesłanie tekstu jest rozumiane kompletnie inaczej niż je rozumie autor. Tak to już jest w dziennikarstwie, a w dziennikarstwie internetowym tym bardziej. Czyli: zasadniczo trzeba się z tym pogodzić, zachować spokój, pokornie ścierpieć etc.

Reklama

Tym razem odstępuję jednak od tej światłej rady, bo sprawa jest diablo ważna. Jeśli po tych wyjaśnieniach ktoś będzie nadal uważał, że napisałem tekst rasistowski - to trudno, jego prawo. Podobnie jeśli ktoś będzie mnie nadal zagrzewał do walki przeciwko imigrantom w Europie - też trudno i też takie jego prawo. Ale nie poczuwam się ani do jednego, ani do drugiego - i chciałbym to wyjaśnić.

Na razie jednak spróbuję dać szansę sobie i tym, którzy nie dość dokładnie przeczytali, ale mają ciekawość świata. Tym, którzy zawsze z góry wiedzą, co sądzić o tekście, którego jeszcze nie przeczytali, mówię: Bóg z wami.

Napisałem mniej więcej tyle: w komentarzach po zamieszkach w Londynie i innych angielskich miastach, jak ognia unika się dostrzeżenia jednego z ważnych aspektów tej sprawy, czyli znacznego w nich udziału dzieci czy wnuków imigrantów, a szczególnie imigrantów czarnoskórych.

Nie napisałem, że w zadymach brali udział tylko czarni, lecz że w bandach napadających na sklepy i atakujących policję młodzi imigranci mieli "liczebną przewagę". Liczebna przewaga to tyle co względna większość, więc wydaje mi się, że nie byłem przesadnie skory do sztucznego mnożenia kolorowych uczestników burd - raczej zachowałem umiar.

Używając mądrego terminu, którym posługują się w takich razach socjologowie, można by było powiedzieć, że w tych zadymach kolorowi byli "nadreprezentowani". To znaczy, że jeśli czarnych jest w Anglii - dajmy na to 10 proc - to w zadymach brało ich udział "10 proc. plus".

Napisałem tylko tyle. Ale okazuje się, że aż tyle i że to jest coś oburzającego dla pięknoduchów. Wielu z nich obruszyło się do żywego, jak można w ogóle postrzegać te problemy w takich kategoriach. No właśnie twierdzę, że można i trzeba także w tych kategoriach, bo jeśli opisujemy je starannie wystrzegając się akurat tego jednego kryterium, to wychodzi na to, że szczególną skłonność do rozbijania witryn ze sprzętem audio-video mają ludzie w kapturach, albo młodzi, albo mieszkańcy przedmieść.

I dopiero wtedy jesteśmy w poznawczej konfuzji. No bo co ma, do jasnej cholery!, wspólnego posiadanie bluzy z kapturem z robieniem "włamu" po telewizor? Albo co ma z nim wspólnego młody wiek? Albo mieszkanie na przedmieściu? Zaiste niewiele.

A co ma z tym naprawdę jakiś związek? Odpowiem: wykluczenie i nieprzystosowanie, bezrobocie i brak perspektyw - to jest jeszcze odpowiedź akceptowana w poprawnych politycznie głowach. Dodam więc, już niepoprawnie: agresja i bandytyzm, nieposzanowanie norm społecznych. Otóż wszystko to (zarówno cechy z grupy poprawnej politycznie, jaki te z grupy niepoprawnej) wiąże się z problemem imigracji.

Nie chodzi o to, że Sudańczyk lub Malijczyk w Londynie per se, jest totalnie nieprzystosowany. Prezydent Stanów Zjednoczonych jest czarnoskóry - i bardzo dobrze. Gdyby działały mechanizmy awansu społecznego i więcej było takich Obamów, szczególnie w Europie, nie byłoby tak gigantycznego problemu, jaki - niestety - jest.

Chodzi więc tylko i aż o to, że statystycznie biorąc Sudańczycy i Malijczycy (a także wielu innych przedstawicieli mniejszości, a szczególnie mniejszości wywodzących się ludów afrykańskich) popada w te problemy. Oczywiście, problemy są złożone, pisałem to, ale ci którzy wiedzą lepiej nie czytając, nie zauważyli, tylko dalejże ubolewać nad moim rasizmem. Bóg z nimi.

No ale byli też tacy, którzy zacierali ręce, że wreszcie ktoś wytknął wrodzone "nieróbstwo Arabów i Murzynów". Bardzo przepraszam, ale proszę mnie do czegoś takiego także nie mieszać.

A więc krótko: Wielka Brytania, podobnie jak cała Zachodnia Europa przyjęła w ostatnim półwieczu za dużo imigrantów w stosunku do własnych możliwości adaptacyjnych. Dawniej, przed epoką postkolonialną, napływ imigrantów był znacznie mniejszy i ich jako tako pokojowe wchłanianie w syte i ukształtowane w pewnej kulturze społeczeństwa Zachodu było możliwe. Teraz już nie jest to możliwe, mechanizm się zaciął. W tym sensie można mówić o porażce modelu integracyjnego. W tym wypadku modelu brytyjskiego, ale gdzie indziej nie jest lepiej. Także Francja z jej oryginalnym modelem laicité jest w ślepym zaułku.

Ja uważam, że to jest zimne stwierdzenie faktów. Jeśli ktoś uważa, że to jest rasizm, to dobrze, mogę być rasistą.

Tylko wtedy w ogóle trzeba przemeblować nasz język.

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje