Oskarżony Fillon

Znowu mamy polityczną niespodziankę, tym razem we Francji. Od wielu miesięcy wszystkie sondaże przepowiadały, że w drugiej turze prawyborów prawicy i centrum zmierzą się Alain Juppé i Nicolas Sarkozy. Raz miał wygrać Sarkozy, raz Juppé, ale nigdy sondaże (aż do dnia poprzedzającego pierwszą turę) nie zapowiadały zwycięstwa trzeciego kandydata: François Fillona. A tak się właśnie stało, a do tego Fillon wygrał w cuglach (44 proc.), wyprzedzając Juppé'ego (28) i Sarkozy'ego (20), który tym samym odpadł z dalszej rywalizacji.

Jednak zwolennikom szukania analogii między Ameryką (przypadek Trumpa) a Francją (przypadek Fillona) trzeba zwrócić uwagę na jedną ważną różnicę. W Ameryce mamy do czynienia z falą populistyczną, zaś we Francji odwrotnie. Cokolwiek by się powiedziało o prawicowym, konserwatywnym programie Fillona, z pewnością jak najdalej mu do populizmu.

Reklama

Teraz przed nami druga tura prawyborów, już w najbliższą niedzielę. Juppé, który do niedawna był - sondażowo - o kilka długości przed Fillonem, a w pierwszej turze doznał upokarzającej porażki, jest odtąd w pozycji goniącego. Porażka w pierwszej turze była tak znaczna, że z otoczenia mera Bordeaux dochodziły nawet głosy, iż kandydat wycofa się. Jednak Juppé zdecydował się podjąć rękawicę. Walczy jednak w atmosferze ogólnej niewiary, że mógłby z Fillonem wygrać.

I w tej sytuacji Juppé atakuje, słusznie chyba kalkulując, że musi wywołać jakiś szok, który odwróci bardzo teraz niekorzystny dla niego układ sympatii wyborców. Mówi o Fillonie rzeczy na granicy prawdy albo nieprawdziwe - co jest mniejszym kłopotem. Ale mówi też jedną rzecz prawdziwą, lecz - wobec przedziwnych z polskiej perspektywy, dominujących we Francji poglądów - mogącą pokazać jego konkurenta w złym świetle. I to jest problem, na który chciałbym zwrócić uwagę.

Atakując Fillona, Juppée niekiedy naciąga rzeczywistość. Tak jest w przypadku zarzutów, że Fillona popierają politycy Frontu Narodowego - w istocie chodzi o kilku byłych działaczy FN, a więc o osoby, które - najwyraźniej - odeszły od Marine Le Pen.

Zarzut prawdziwy, ale przedziwny z naszego punktu widzenia, to katolicyzm. Fillon jest katolikiem - i to nie tylko w deklaracjach, ale takim, który traktuje swoje religijne przekonania serio. Np. znana jest jego sympatia dla ruchu Manif pour tous, który sprzeciwiał się (i nadal się sprzeciwia) prawu do małżeństw jednopłciowych. Tym niemniej - to świadectwo jego realizmu - nie zapowiada skasowania ustawy zwanej "małżeństwo dla wszystkich", a jedynie jej lekką korektę. Znane są też jego wypowiedzi na temat aborcji: były premier jest jej przeciwnikiem z powodów zasadniczych. Ale - znowu - wiedząc, jakie są poglądy ogromnej większości społeczeństwa, nie proponuje zmian w ustawodawstwie.

Czyli pozycja Fillona jest taka: ja sam, François Fillon, jestem przeciwnikiem korzystania z "loi Tobira" (ustawy "małżeństwo dla wszystkich") i ja sam jestem przeciwnikiem korzystania z "loi Veil" - ale nie będę jako prezydent zmierzał do wywrócenia obowiązującego porządku prawnego.

Otóż, i to jest tu najciekawsze, a może najbardziej zasmucające, argumentacja Juppé'ego jest taka: Fillon, z racji swoich reakcyjnych przekonań, z racji tego, jak w głębi serca myśli, a nie jak politycznie działa, nie może być prezydentem Francji.To jest argument, który znajduje społeczny rezonans. To zaś, że znajduje rezonans, wiele mówi o współczesnej Francji i - szerzej - o współczesnym Zachodzie.

Roman Graczyk 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje