Pamięć, duma i wstyd

Dzisiaj 19 kwietnia, rocznica Powstania w Getcie Warszawskim. ​Rano słucham w radiowej Trójce wywiadu z ministrem obrony, Mariuszem Błaszczakiem. Prowadząca wywiad Beata Michniewicz zaczyna rozmowę od pytania o tę rocznicę.

Pytanie brzmi tak:

Reklama

 - Co powinniśmy pamiętać o tym skazanym na niepowodzenie heroicznym zrywie, chyba w obronie człowieczeństwa, honoru?

Na co minister odpowiada tak:

 - Powinniśmy pamiętać, że to nie żadni naziści, tylko Niemcy, przeprowadzili akcję wymordowania narodu żydowskiego; powinniśmy pamiętać o tych Polakach, którzy - narażając własne zdrowie i życie - ratowali Żydów; powinniśmy pamiętać o ofierze złożonej przez obywateli polskich narodowości żydowskiej, ta pamięć powinna trwać.

Gdybym nic nie wiedział o tym rządzie, o jego ministrach, gdybym nic nie wiedział o ministrze Błaszczaku, byłbym zdziwiony tą odpowiedzią. Ponieważ cokolwiek o tym rządzie i o jego personelu, w tym także o ministrze Błaszczaku wiem, już się nie dziwię. Co nie przeszkadza temu, że jest mi jako Polakowi i obywatelowi Polski wstyd.

Znacznie więcej taktu, zrozumienia wyjątkowości wydarzenia sprzed 75 lat, wykazała swoim pytaniem Beata Michniewicz. Pan Minister Błaszczak natomiast odpowiedział w stylu partyjnego aparatczyka, który ponad wszystko martwi się o żelazny elektorat swojej partii. Ten elektorat jest - delikatnie mówiąc - nierozumiejący wagi Zagłady, ani żydowskiej wrażliwości, ani nawet znaczenia tych spraw dla naszych relacji z państwem Izrael oraz  - via Izrael  - naszych relacji ze światem zachodnim. To ostatnie to czynnik koniunkturalny, dlatego wymieniam go dopiero na trzecim miejscu - niemniej, dobrze życząc Polsce trzeba także i takie względy zauważać. Natomiast ważniejszy jest sposób pojmowania tych wydarzeń z przeszłości przez przeciętnych słuchaczy Radia Maryja, czy przeciętnych czytelników "Gazety Polskiej". Nazwałbym ten stosunek - znowu delikatnie - brakiem wrażliwości na żydowski los podczas II wojny światowej, brakiem zrozumienia, że był to los wyjątkowo okrutny. Tak okrutny, że cierpienia innych narodów, w tym także tych wybitnie wykrwawionych w tym czasie, jak Rosjanie czy Polacy, wydają się - mimo wszystko - mniej straszne. Wiem, że stopniowanie cierpienia i okrucieństwa jest zabiegiem trudnym, może i niemożliwym, ale mimo to powiem: żaden naród nie był w planach III Rzeszy z definicji przeznaczony na śmierć, tak jak był naród żydowski. I żaden nie został w tym stopniu wyniszczony, co naród żydowski. Gdyby III Rzesza wygrała wojnę, Zagłada objęłaby zapewne jeszcze większą część tego narodu, bo w planach III Rzeszy leżała prosta jego likwidacja. Takich planów naziści nie mieli w stosunku do innych narodów - także w stosunku do Polaków. Tak daleko posunięta eksterminacja nie dokonała się w stosunku do innych narodów - także w stosunku do Polaków.

Przypominam te oczywiste sprawy tylko dlatego, że znaczna część Polaków do dzisiaj, mimo upływu tylu już dekad od zakończenia wojny, tych spraw nie przemyślała. A wśród tych Polaków z pewnością więcej jest wyborców PiS-u, niż wyborców głównych partii opozycyjnych. Można więc rozumieć trudność jaką mają liderzy PiS-u. Ale bywają momenty, kiedy ta trudność ich nie tłumaczy - dziś, w 75. rocznicę powstania w Getcie, jest właśnie taki moment.

Gdy ważny minister polskiego rządu pytany o naukę, którą wywodzi z tej rocznicy, zaczyna od tego, że Zagłady nie dokonali naziści, tylko Niemcy - normalnym ludziom pozostaje tylko wstyd. Już mniejsza o tę żonglerkę słowną, z której mogłoby wynikać, że naziści nic do stłumienia tego powstania nie mają. Ważniejsze jest to, że minister zamiast mówić na pierwszym miejscu o tragedii i bohaterstwie tej garstki młodzieży w Getcie, która w gruncie rzeczy walczyła bardziej o godną śmierć, niż o życie, wykłóca się, nie wiadomo z kim, o to, że to Niemcy rozjechali powstańców czołgami. Tak, jak gdyby ktokolwiek na świecie twierdził, że zrobili to Polacy. Czysty obłęd.

Ważny minister polskiego rządu nie uważa za słuszne powiedzieć o powstańcach z Getta choćby na drugim miejscu. Nie, tu mówi o Polakach ratujących Żydów, a przecież tych sprawiedliwych był margines marginesu - co, naturalnie, można zrozumieć, ale liczby chyba mają tu jakieś znaczenie, prawda? W Getcie powstańcy walczyli w zasadzie osamotnieni, zgoda, nie mogło być inaczej, ale dlaczego akurat w tym kontekście, który raczej jest świadectwem ich osamotnienia, znowu przypominać tych nielicznych Polaków, którzy spieszyli im z pomocą? Dziecinada i odkrycie polskiego kompleksu w tej materii.

Zgoda, Polska i Polacy bywają oskarżani ponad miarę. Dlatego Polska od kilkunastu już lat prowadzi systematyczną kampanię przeciwko tym zniesławieniom, których najbardziej drastycznym przejawem jest sformułowanie "polskie obozy śmierci". Ale nie można tej kampanii prowadzić bez przerwy i w każdej okoliczności. A już najmniej w rocznicę Powstania w Getcie.

Dziś Polska składa hołd powstańcom z Getta, np. poprzez udział Prezydenta RP w uroczystości pod pomnikiem poświęconym ich pamięci. Ale aby ten hołd brzmiał przekonująco, trzeba byłoby jeszcze zadbać o spójność przekazu.

Roman Graczyk 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje