Pani rektora afirmuje swoją kobiecość

We Francji toczy się nowa batalia, tym razem o język francuski. Premier Edouard Philippe wydał właśnie okólnik zobowiązujący ministrów do tego, iżby w działach administracji, którymi kierują, nie pozwalali używać w pismach oficjalnych nowych zwyczajów językowych zwanych "l'écriture inclusive" – co się tłumaczy: pisownia włączająca (niewykluczająca).

Orędownikom tych nowych zwyczajów (nowych norm?) chodzi o to, że tradycyjny język francuski dyskryminuje kobiety. W jaki sposób? Ano w taki - tłumaczą ci koryfeusze postępu - że obowiązuje reguła językowa nakazująca używać w liczbie mnogiej rodzaju męskiego, gdy rzecz dotyczy osób obu płci (obu rodzajów rzeczy). Ta sama reguła obowiązuje w języku polskim. Gdy opisujemy np. taką sytuację, że dziewczynki i chłopcy po lekcjach idą do domu i chcemy to wyrazić w czasie przeszłym, piszemy: "dziewczynki i chłopcy poszli do domu". Używamy więc formy męskiej ("poszli"), mimo iż w rzeczywistości owa czynność pójścia do domu dotyczy tak chłopców, jak i dziewczynek. Tymczasem pisownia niewykluczająca domaga się, aby w takim wypadku pisać: "dziewczynki i chłopcy po-szli-szły do domu". Każdy, kto ma wyczucie lingwistyczne, wie, że to jest kaleczenie języka - tak polskiego, jak i francuskiego. I o to właśnie chodzi premierowi Francji. Federacja Niewidomych Francji wydała oświadczenie, w którym zdecydowanie sprzeciwia się "l'écriture inclusive". W oświadczeniu zwraca się uwagę na aspekty praktyczne, na komplikowanie w ten sposób języka francuskiego, który i tak jest już skomplikowany. Ale jest tam też argument ogólniejszy: łączenie kwestii niedyskryminacji płciowej ze zwalczaniem tradycji językowej to dowód braku kultury i pomieszania pojęć.

Reklama

Francuscy niewidomi mają rację. Język to także tradycja, jej zmienianie na siłę jest barbarzyństwem, a co najmniej ignorancją. Język to także pomniki literatury. Gdy słyszę posła, który we wczorajszej debacie nad prezydenckimi projektami ustaw sądowych mówi do swoich oponentów politycznych: "targacie płótno Rzeczypospolitej", to bolą mnie zęby. Poseł ów albo nie czytał Sienkiewicza, albo - co najmniej - nie zapamiętał mowy księcia Radziwiłła do Kmicica z ową słynną frazą o traktowaniu Rzeczypospolitej jako "postawu czerwonego sukna". Wielka szkoda, że jemu - posłowi na Sejm RP - ta fraza się nie utrwaliła. Nie wyobrażam sobie posłów przedwojennych, włącznie z tymi, którzy pochodzili z warstw uboższych społeczeństwa (ludowców czy socjalistów), którzy by tej sienkiewiczowskiej frazy nie znali na pamięć. To - i setki innych słynnych fraz z arcydzieł polskiej literatury - tworzyło nie tylko wspólny kod komunikacji, ale także coś ważniejszego: wspólną przestrzeń symboliczną Polaków, przestrzeń przechowywaną przez polszczyznę.

Dlatego język trzeba chronić nie gorzej, niż chroni się starą architekturę, albo stare kompleksy leśne. Owszem, język się zmienia, ale jedyna zmiana, która powinniśmy akceptować, to zmiana powolna, ewolucyjna. Tymczasem rewolucjoniści nowego typu chcą nas wyzwolić z niewoli stereotypów językowych, bo - ich zdaniem - te stereotypy skrywają i umacniają dominację mężczyzn. Wyrazem takiej dominacji jest dla nich np. określenie "prawa człowieka", bowiem sugeruje ono, że podmiotem tych praw jest mężczyzna/mężczyźni, a już nie kobieta/kobiety. Dlatego zalecają oni mówić: "prawa ludzkie" lub "prawa człowiecze". Rozumiem więc, że wielkie filozoficzne pytanie, obecne w myśli europejskiej od kilku tysięcy lat - "kim jest człowiek?" -  nie może dziś być prezentowane w takiej postaci. Nie może, bo to jest wyraz dyskryminacji kobiet. Trzeba więc to pytanie stawiać w postaci: "kim jest kobieta albo mężczyzna". Bardzo przepraszam, ale jesteśmy w jakiejś krainie szaleństwa.

Można przecież opowiadać się za równością płci bez popadania w obłęd nowego języka. Kobiety mogą pełnić najbardziej odpowiedzialne funkcje. Sądzę, że w praktyce mamy tu jeszcze sporo do nadrobienia (szczególnie w Polsce), ale nie ma powodu, żeby przy tej okazji manifestować swoje poglądy, niszcząc język polski. Żeby nie szukać daleko, powiem, że w mojej firmie zastępcą szefa jest kobieta. Nie znam jednego kolegi, który by powiedział o niej złe słowo. Ona jest po prostu bardzo kompetentna. Ale firma nasza jeszcze nie poddaje się rygorom poprawności politycznej, wobec czego wszyscy mówią o niej: Pani Dyrektor.

Akurat słowo "dyrektor" ma swój żeński odpowiedni ("dyrektorka"), który specjalnie nie boli. Tylko po co - na Boga! - zmieniać na siłę użycie słów, gdy użycie tradycyjne doprawdy nie maskuje żadnej władzy mężczyzn - w tym wypadku wręcz przeciwnie i to w sposób dosłowny. Przecież nasza Pani Dyrektor rządzi personelem w większości złożonym z mężczyzn. Ale bywa gorzej: "minister", "doktor", "rektor" dadzą się przedstawić w formie żeńskiej jedynie za cenę kaleczenia języka polskiego. Trzeba byłoby mówić: "ministra", "doktora", "rektora". Naprawdę chcecie - zapytałbym nowych rewolucjonistów - ośmieszać te kompetentne kobiety, spełniające z sukcesem funkcje, niegdyś zastrzeżone dla mężczyzn? Obawiam się, że odpowiedź może być tylko afirmatywna. Nowi rewolucjoniści ośmieszają nie tylko panią rektor, mówiąc o niej "rektora", ale i panią polityk mówiąc o niej, z uporem godnym lepszej spraw, "polityczka", a o pani historyk - "historyczka". Żałość bierze.

Premier Francji w swoim okólniku zezwolił na konsekwentną feminizację funkcji i urzędów. Dlaczego tu ustąpił? Sądzę, że decydowała praktyka użycia nowych słów. Po francusku "madame la ministre" nie boli, podczas gdy nasza polska "pani ministra" owszem, boli bardzo.

Czy naprawdę wierzycie w to - burzyciele ciągłości kulturowej - że musimy zadawać sobie ten ból, żeby kompetentne kobiety (w tym rządzie choćby panie Streżyńska, Rafalska, Emilewicz) mogły pełnić wysokie funkcje?  

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje