Partia władzy i psychiatria usługowa

Na ogół nie jestem skory do łatwych uogólnień typu "polityka sięgnęła dna" albo (tym bardziej) "powrót PRL-u". Na ogół, gdy ludzie malkontencą w tym duchu, powtarzam do znudzenia, że żyjemy (mimo wszystko) w pluralistycznej demokracji itp. Na ogół tak jest, ale tym razem mam ochotę powiedzieć, że dwa wydarzenia ostatnich dni osłabiły moją wiarę w polską demokrację. Te dwa wydarzenia to konwencja PO z prezentacją paru nowych nabytków partii władzy oraz decyzja warszawskiego sądu o zbadaniu Jarosława Kaczyńskiego przez biegłych psychiatrów.

Oglądam zdjęcie z konwencji Platformy, na którym stoją obok siebie Joanna Kluzik-Rostkowska, Bartosz Arłukowicz i Dariusz Rosati ("Uważam Rze", 20-26 czerwca). Czy te oczy mogą kłamać? Mogą, ale jeśli nie kłamią, to mówią mniej więcej tyle, co oczy ludzi, którzy bez przekonania wstępowali do PZPR. Mówią: "nie chcę, ale muszę", "dłużej nie będę walił głową w mur", "trudno, zrobię to". Tak mówili w duchu ludzie, którzy w tamtej epoce wstępowali do PZPR, bo awans w pracy, bo wyjazd zagraniczny, bo przyszłość dzieci.

Reklama

Wtedy myślałem o takich decyzjach bardzo źle, dzisiaj - z wiekiem - mam dla nich odrobinę więcej wyrozumiałości, choć nie przestają mnie one smucić. Ale w ocenie tych gestów zaparcia się siebie, bo tak je trzeba nazwać, żeby nie owijać w bawełnę, było jeszcze coś, co pozwalało wtedy postawić kropkę nad "i", i to postawić ją z nadzieją. Mówiliśmy: ludzie są słabi, zgoda, ale to ten cholerny system, który żeruje na ludzkiej słabości, jest najbardziej winny, Jeśli kiedyś uda się go odrzucić, wszystko się odmieni.

Otóż udało się, dzięki Bogu, odrzucić tamten system, ale oczy Joanny Kluzik-Rostkowskiej na konwencji w Gdańsku stanowią jednak groźne memento. Głową muru nie przebijesz. To, że znowu ludzie mają poczucie, że powstał jakiś mur, którego się głową (tu: pracowitością i pomysłami politycznymi) nie przebije, jest prawdziwie przygnębiające. No dobrze, nie ma PRL-u, bo nic się w historii nie powtarza w skali 1 do 1, ale samo istnienie partii-która-bierze-wszystko każe się zastanowić nad naszą demokracją. Czy ona się nam przypadkiem niebezpiecznie nie zdegenerowała?

Decyzja sądu o zbadaniu przez psychiatrów Jarosława Kaczyńskiego jest - czy Wysoki Sąd tego chciał, czy nie - upokarzająca dla lidera największej partii opozycyjnej. I znowu: niezależnie od intencji sądu wpisuje się w politykę. Jaka to polityka? Ano polityka poniżania Kaczora, polityka odmowy merytorycznej z nim dyskusji pod pozorem już to antysystemowości jego partii, już to destabilizacji psychicznej samego Kaczyńskiego.

Mam do Kaczyńskiego tysiąc i jeden pretensji, ale nigdy nie szukam pretekstu, żeby uniknąć odpowiedzi na jego opinie. Warszawski sąd albo żyje w kompletnej izolacji od życia politycznego, albo chce zrobić dobrze partii-która-bierze-wszystko. To jest sprawa, w której występują politycy, więc siłą rzeczy ma ona kontekst polityczny.

Jeśli sąd tego nie wie, to znaczy, że nie ma kompetencji do jej prowadzenia, a jeśli wie i robi to, co robi, to znaczy, że idzie na rękę przeciwnikom politycznym Kaczyńskiego. Twierdzenie (Ryszard Kalisz), że takie są procedury, to zwykłe mydlenie oczu. Sąd wydał postanowienie o dopuszczeniu dowodów z opinii biegłych psychiatrów. Taka była jego decyzja, ale mogła być też inna.

Otóż sąd mógł roztropnie stwierdzić, że sprawa leków psychiatrycznych Kaczyńskiego to jest epizod, zresztą aż nadto dobrze uzasadniony osobistą sytuacją prezesa PiS z roku 2010. Zaś Janusz Kaczmarek skarży się na zachowanie Kaczyńskiego z roku 2008, a proces toczy się w Roku Pańskim 2011. Co ma piernik do wiatraka? Przecież gołym okiem widać, że Kaczyński jest poczytalny. Co tu badać?

No dobrze, nie jesteśmy z powrotem w PRL-u, ale to jednak są klimaty rodem z PRL-u. Tylko tyle.

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje