PiS: demokracja dla zwolenników "słusznej sprawy"

Spośród komentarzy na temat roku rządów PiS najbardziej spodobały mi się słowa Andrzeja Olechowskiego, który powiedział (cytuję z pamięci wypowiedź z wczorajszego programu "Fakty po Faktach" w TVN24): "Nasz kraj został w ciągu tego roku głęboko przeorany".

Były minister miał na myśli nie takie znaczenie terminu "przeoranie", z jakim zgodziliby się zwolennicy PiS, czyli głębokie, pożądane zmiany, które wcześniej nie były możliwe z powodu skostnienia systemu. Chodziło mu z pewnością o takie głębokie zmiany, które burzą reguły gry, burzą podstawy ładu, co do których - wydawać by się mogło przed wyborami z 2015 r. - zgadzamy się wszyscy, że chcemy je respektować.

Reklama

I taka jest rzeczywiście najważniejsza lekcja roku rządów Prawa i Sprawiedliwości. Bo umawialiśmy, w takiej czy innej formie, czy to przez solenne akty prawne, takie jak Konstytucja, czy to przez obyczaj polityczny, respektowany przez kolejne rządy po 1989 r., łącznie z byłymi komunistami, że rząd realizuje swój program w ramach obowiązującego prawa, ewentualnie zmieniając prawo w ramach obowiązujących reguł jego zmiany.

Dlaczego tak się umawialiśmy? Bo doświadczenie ludzkości, łącznie z tym tragicznym, XX-wiecznym, dowodnie przekonuje o słuszności dwóch zasad: że system demokratyczny jest najmniej zły (to w odniesieniu do krajów, gdzie demokracji nigdy nie było - jak Rosja), oraz że przed zwyrodnieniem demokracji w dyktaturę chronią reguły wpisujące rządy większości w rządy prawa (to w odniesieniu do krajów, gdzie demokracja zwyrodniała - jak Niemcy po 1933 r. i jak Polska po 1926).

Otóż ten rok rządów Prawa i Sprawiedliwości zdaje się dowodzić, że owa gorzka nauka ze zwyrodnienia demokracji (oczywiście - w Polsce po 1926 r. tylko w wariancie soft, podczas gdy w Niemczech po 1933 r. w wariancie hard) już nie działa. Zdaje się ten rok dowodzić, że Jarosław Kaczyński to zagrożenie lekceważy, a w jego najbliższym otoczeniu bodaj brakuje ludzi, którzy w ogóle byliby zdolni do takiej refleksji.

Wielu zwolenników PiS-u odpowie na to: "Przecież żadnej dyktatury w Polsce nie ma". Zgoda, nie ma dyktatury, ale w sposobie rządzenia PiS uderza lekceważenie dla prawnych ograniczeń władzy większości. Mamy demokratyczną legitymację, wolno nam przeprowadzać dowolne zmiany, nie zważając na prawne ograniczenia i na dobry obyczaj - to dewiza tej formacji politycznej i jej wyborców. Pierwszy z brzegu przykład: Zbigniew Ziobro wstrzymuje się z ogłoszeniem przygotowanego już projektu nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych do czasu, aż  PiS przejmie kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym. A skoro taki jest sposób rządzenia i takie podporządkowywanie rządzącej większości instytucji, które nie podlegają władzy rządu, oznacza to dwie ważne konsekwencje.

Pierwsza jest taka, że padają kolejne zabezpieczenia przed arbitralnością władzy i degraduje się klimat zaufania, który jest naturalnym środowiskiem życia dla demokracji. Gdy po zerwaniu negocjacji na temat kupna Caracali ogłoszono, że prokuratura wszczyna śledztwo na temat błędów poprzedniej ekipy przy przetargu na śmigłowce dla wojska, kto potrafił przekonująco twierdzić, że to śledztwo nie jest robione na polityczne zamówienie dla "przykrycia"  wycofania się z kupna Caracali? Tego rodzaju wątpliwości muszą powstawać, skoro takie jest następstwo czasu tych wydarzeń i skoro prokuratura została ustawowo podporządkowana ministrowi sprawiedliwości. W normalnie funkcjonującej demokracji takie podejrzenia by się nie zrodziły, bo wszyscy mieliby przekonanie o absolutnym profesjonalizmie i absolutnej politycznej bezstronności prokuratury.

Druga konsekwencja jest poważniejsza: skoro upadają kolejne instytucjonalne ograniczenia dla łamania demokracji, to jej utrzymywanie opiera się coraz bardziej na dobrej woli rządzących (i na determinacji jej obrońców, ale to inna kwestia). Wtedy jednak rodzi się nieuchronnie pytanie: a co będzie, jeśli tej dobrej woli zabraknie? Co się stanie, jeśli którego pięknego dnia prezes Kaczyński uzna, że skoro już prawie wszystko w tym kraju kontroluje, to czemuż by tak nie zapanować nad gwarancjami wolnych wyborów? Czemuż by nie "odzyskać" Państwowej Komisji Wyborczej tak, jak wcześniej odzyskano media publiczne czy Trybunał  Konstytucyjny? Absurdalne?

Być może prezes jest silnie przywiązany do uczciwości wyborów, ale w sytuacji, gdy fikcją będą niezależne sądy, Trybunał Konstytucyjny i Rzecznik Praw Obywatelskich (a przecież słychać już pogróżki pod jego adresem), to - w gruncie rzeczy - co nas będzie bronić poza dobrą wolą prezesa? A jeśli prezesa - załóżmy, że przekonanego demokratę - zastąpi w tym zdewastowanym systemie rządów prawa jakiś zwolennik radykalnej budowy nowego systemu, to co?

Stawiam te pytania, które z dzisiejszej perspektywy mogą się wydawać przedwczesne, żeby pokazać, że dojrzała demokracja to system rozlicznych zabezpieczeń gwarantujących rządy prawa (i parę innych rzeczy, o których z braku miejsca tu nie piszę). Rozmontowanie tych gwarancji wystawia demokrację na pokusę zbudowania systemu, gdzie liczą się tylko ci, którzy uznają "słuszna sprawę" partii rządzącej za swoją, a pozostali są z ich praw wyrugowani. Skoro nie mają racji, związani są z siłami starego, niesłusznego porządku, to może przy gwarantowaniu ich prawo nie ma co aż tak się upierać?...

Wracam na koniec do rocznicy dojścia do władzy partii Jarosława Kaczyńskiego. Formuła w rodzaju: "Ostatni rok to w praktyce restytucja PRL w jego narodowo-populistycznej odmianie" (Jarosław Kurski, "Gazeta Wyborcza", 16 listopada 2016) nie ma wielkiej wartości analitycznej. Ale przestrogi przed kierunkiem, do jakiego nas te rządy mogą prowadzić - owszem, mają sens.

Roman Graczyk  

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje