​Po I turze: Macron będzie prezydentem, Le Pen przestanie być straszakiem

Te wybory są - jak to już wielokrotnie opisywano - znakiem zmian na francuskiej scenie politycznej, zmian większych, niż niesie ze sobą każde przegrupowanie sił, kiedy jedni tracą, a inni zyskują. Sytuacja jest rzeczywiście inédite.


Reklama

Poczynając od tego, że nie wystartował urzędujący prezydent François Hollande, a kierujący rządem przez większą część pięciolatki Manuel Vals nie przeszedł przez sito partyjnych prawyborów, zaś kończąc na tym, że w drugiej turze zabraknie zarówno przedstawiciela socjalistów, jak i centroprawicy - a więc dwóch formacji, które rządzą Francją na zmianę od kilkudziesięciu lat. Niektórzy komentatorzy głoszą zarazem pogląd o schyłku V Republiki - nie zgadzam się z tą drugą oceną, co już TUTAJ wyłuszczyłem kilka dni temu

Tak czy inaczej, mamy sytuację ciekawą pod względem politycznym. W ostatecznej walce o prezydenturę zmierzą się bowiem: reprezentantka Front National i reprezentant bliżej nieokreślonych sił centrowych, występujących pod szyldem En Marche. Ta konfiguracja polityczna jest sama w sobie osobliwa. 

Zamiast, jak to Pan Bóg Francuzom przykazał, a oni się Go słuchali przez pół wieku, żeby o prezydenturę walczyła klasyczna prawica z klasyczną lewicą - jest inaczej. Bo zamiast klasycznej prawicy w II turze mamy prawicę skrajną, zamiast klasycznej lewicy mamy Macrona, czyli nie wiadomo, co. Mimo tej nieokreśloności politycznej Emmanulea Macrona, to on właśnie ma wszelkie szanse zostać głową państwa. Takie są pierwsze sondaże, przeprowadzone już po ogłoszeniu wstępnych wyników I tury, takie były sondaże jeszcze przed I turą, robione na użytek hipotezy Macron - Le Pen, i takie są deklaracje większości przegranych w I turze liderów politycznych. To dowodzi, że Marine Le Pen ma nad sobą ciągle ów "szklany sufit", ową nieprzekraczalna barierę, która uniemożliwia jej zdobycie większości 50 plus 1 - a więc i rządzenie.

Ale uwaga: sufit się podnosi. W 2002 r. Le Pen - senior zdobył w I turze 17 proc. głosów, w II zaś tylko 18 proc., to znaczy, że jego rezerwa głosów była bliska zera. Wczoraj jego córka zdobyła w I turze 21 proc., zaś wedle sondaży w II turze może liczyć na 36-38 proc. Tak więc, mimo że Front National ciągle nie jest w stanie zdobyć władzy (ani samodzielnie, ani w koalicji), to krok po kroku zbliża się do tego celu. Sama Marine Le Pen i jej współpracownicy, powiadają dziś, że 2 tygodnie kampanii wytworzą nową dynamikę, która obnaży pozorny wpływ liderów "starego systemu" (tradycyjnych partii, mediów, biznesu) na myślenie zwykłych Francuzów i w efekcie dotąd niemożliwe, stanie się możliwe. Nie wierzę w to. Jeszcze nie teraz, ale tendencja jest wyraźna. I następnym razem Rubikon może zostać przekroczony. Czy tak się stanie, nikt tego nie jest w stanie przewidzieć, w każdym razie można powiedzieć, że głosowanie na Front National przestało być obciachem, nazywanie zwolenników FN faszystami jest coraz mniej częścią zwykłego języka francuskiej polityki. Jeśli zagrożenia, na które wskazuje Marine Le Pen, nie zostaną przez nową władzę (Macrona i jego większość parlamentarną) zneutralizowane, to szanse na zwycięstwo Marine Le Pen bardzo wyraźnie wzrosną.  

O jaki program chodzi? Le Pen i Macron różnią się niemal we wszystkim, ale kluczowe znaczenie mają dwie kwestie: Unia Europejska i imigracja.

Marine Le Pen głosi program wyjścia z UE, co nie wydaje się realistyczne, ponieważ duża większość społeczeństwa opowiada się za pozostaniem Francji w UE. Jeśli doszłoby we Francji do referendum, nie powtórzyłaby się tu sytuacja znana po drugiej stronie Kanału La Manche. Ta część programu FN ma więc charakter, by tak rzec, misyjny, trzeba przekonać Francuzów do jego słuszności. To wydaje się, w dającej się przewidzieć przyszłości, bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.

Marine Le Pen głosi też program zastopowania masowej imigracji, przeciwstawienia się temu, co niektórzy nazywają grande remplacement - wielkiej wymiany ludnościowej. Głosi też liderka FN pogląd, że istnieje iunctim pomiędzy masową imigracją a islamskim terroryzmem. Tu widzimy od wielu lat coraz większe zrozumienie dla tych poglądów. Pozostawiam na boku inne kwestie, przecież obecne u Marine Le Pen, a z polskiego punktu widzenia mało pociągające, żeby skupić się na tym, co jest osią sporu francusko-francuskiego, bo to w końcu Francuzi decydują.

W sumie te wybory pokazują, że system demokratyczny jest swego rodzaju mechanizmem popytu i podaży. Inaczej mówiąc, pokazują one granice poprawności politycznej.     

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje