​Polska na skraju czarnej dziury

Scena międzynarodowa, na której zrządzeniem losu toczą się też polskie sprawy, jest nam dziś mniej sprzyjająca, niż to było w pierwszych latach po upadku bloku komunistycznego w Europie. Na wschód od Polski Rosja postawiła faktyczne veto wobec zbliżenia się Ukrainy do Unii Europejskiej - zajmując siłą Krym i okupując (przez podstawione siły) Donbas. Rosja odstraszyła też od myślenia o przyszłym udziale w UE pozostałych członków Partnerstwa Wschodniego: poczynając od Białorusi (która od początków ery Łukaszenki zarzuciła tę myśl), a kończąc na Gruzji (najbardziej prozachodnim z krajów post-sowieckich). Rosja przyjęła do wiadomości w 2004 r., zgrzytając przy tym zębami, członkostwo państw bałtyckich w UE i NATO, po czym obrała politykę "ani jednego ustępstwa więcej!". Marzenie Giedroycia, o utworzeniu na wschód od naszych granic pasa państw przyjaznych wobec Polski, niezależnych od Rosji i związanych z Zachodem, jest dziś dalsze od realizacji, niż było 15 lat temu.

Owszem, NATO od kilku lat wzmacnia swoją obecność na tzw. wschodniej flance. Jednakże nieprzewidywalność głównego sojusznika w NATO, jakim są Stany Zjednoczone za kadencji Trumpa, czyni całą tę konstrukcję mało przekonującą. Bowiem jej siła odstraszania polega też na przekonaniu Rosji, że słynny art. 5 Traktatu zostanie - w krytycznej sytuacji - na pewno użyty. Czy można mieć dziś taką pewność? 

Reklama

Filarem polityki bezpieczeństwa Zachodu od 1945 r. była polityczna jedność Europy Zachodniej i USA. Dodatkowymi jej wzmocnieniami była polityczna jedność Unii Europejskiej. Co się tyczy UE, to z jednej strony wyjście Wielkiej Brytanii, a z drugiej - rosnące trudności w zintegrowaniu części nowych członków Unii (w tym Polski, oczywiście) ze "starą Unią", stawiają ten projekt na jakimś rozstaju dróg. Dalej nie można działać skutecznie w dotychczasowej formule, a na nową formułę nie ma zgody, ponieważ "stara Unia" chce wejścia na wyższy stopień integracji, a "nowa Unia" albo nie jest na to jeszcze gotowa, albo (jak Polska i Węgry) jest temu pomysłowi pryncypialnie wroga.  

Stosunki trans-atlantyckie jeszcze nigdy w historii nie były tak napięte, jak obecnie. Podstawową przyczyną tej - dość nagłej przecież - zmiany na gorsze jest ekscentryczna osobowość obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Interesy amerykańskie nie są, rzecz jasna, identyczne z europejskimi, ale tak było już za Obamy i wcześniej, a nagła zmiana w tych stosunkach nastąpiła dopiero wraz z dojściem do władzy Trumpa. Bo to jego ekscentryczna osobowość przekłada się bardzo silnie na amerykańską politykę zagraniczną.

Nigdy po 1945 r. nie było tylu pól niezgody pomiędzy Europejczykami a Amerykanami. Gdy Europa mówi, że - ze względu na podminowanie stosunków na Bliskim i Środkowym Wschodzie - oficjalne uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela nie jest wskazane, Trump jednostronnie przenosi tam ambasadę amerykańską z Tel Avivu. Gdy czołowe państwa europejskie po wielu latach twardych negocjacji, ale i rygorystycznych kontroli AIEA, podpisują (wraz z Rosją, Chinami i USA) w 2015 r. porozumienie z Iranem, pozwalające oddalić zagrożenie nuklearne ze strony reżimu ajatollahów w zamian za wyjście tego kraju z gospodarczej izolacji, Trump, w maju 2018 r., wyprowadza USA z tego porozumienia. Zarazem wycofuje USA ze współpracy gospodarczej z Iranem i zakazuje (sic!) takiej współpracy firmom nie-amerykańskim. Gdy po latach negocjacji wielostronnej konwencji na temat walki ze zmianami klimatycznymi i jej podpisaniu w Paryżu w 2015 r. ogromna większość wspólnoty międzynarodowej decyduje się rozwój proekologiczny, Trump potwierdza po dojściu do władzy to, co zapowiadał już kampanii wyborczej: USA opuszczą tę konwencję. Gdy Unia Europejska od dziesięcioleci prowadzi politykę obniżania ceł w handlu międzynarodowym, Trump drastycznie podnosi taryfy na stal i aluminium pochodzące z Meksyku, z Kanady i z Unii Europejskiej. Gdy na ostatnim spotkaniu grupy G7 w La Malbaie w kanadyjskim Quebecu, przywódcy Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Włoch, Japonii i Kanady opowiadają się za zasadą wolnego handlu, prezydent USA najpierw - niechętnie - zgadza się na podpisanie wspólnego komunikatu, po czym - pod byle pretekstem - wysyła, z pokładu samolotu wiozącego go do Singapuru na spotkanie z Kim Dzong Unem, tweeta wycofującego amerykański podpis pod dokumentem z La Malbaie.

Wspólnota transatlantycka, i szerzej: wspólnota świata zachodniego (którą dobrze symbolizowała do niedawna G7), rozpada się. Pretensje Trumpa w przededniu spotkania w Quebecu, że w tym przedsięwzięciu nie bierze udziału Rosja (wykluczona z ówczesnej G8 po aneksji Krymu i rozpaleniu wojennego pożaru w Donbasie), pokazują, że przywódca największej demokracji świata nie podziela podstawowych wartości Zachodu. Nb. dla polskich strategów bezpieczeństwa to powinien być dzwonek alarmowy, gdy chodzi o determinacje Amerykanów do obrony wschodniej flanki NATO. Zaś dla wspólnoty zachodniej ta wypowiedź Trumpa oznacza, że jego wcześniejsze liczne działania, alienujące USA od innych demokracji Zachodu, pozostają w zgodzie z jego przekonaniami (a nie tylko z wybuchowym charakterem i brakiem manier). Putin w lot to spostrzegł i natychmiast zaprosił Trumpa na dwustronne spotkanie. Mamy więc tu wreszcie jakąś logiczną spójność, ale ta spójność nie jest dobrą wiadomością. Powiem więcej: jest wiadomością bardzo złą.

Jest to zła wiadomość dla "starej Unii" (i w ogóle dla "starego Zachodu"), ale jest ona jeszcze gorszą dla "nowej Unii", a może szczególnie dla Polski, która na własne życzenie ufundowała sobie konflikt z Unią. Jest to konflikt o sprawy fundamentalne. Nie wiem, jakim sposobem Bruksela, nie tracąc twarzy, mogłaby teraz odpuścić Warszawie doprowadzenie do końca procedury z art. 7. Twierdzenie optymistów, że przy pomocy Węgier unikniemy najgorszej sankcji, jaką art. 7 przewiduje, jest prawdziwe, tyle, że nie to stanowi jądro problemu. Istotą rzeczy jest bowiem to, czy Polska będzie traktowana przez partnerów w Unii (państwa członkowskie) i przez same unijne instytucje jako wiarygodny członek tej szczególnej gromady, opartej na wspólnych interesach, ale też na wspólnych wartościach, czy nie będzie. Otóż, z całą pewnością: trwając przy ustawach, które demolują wymiar sprawiedliwości, nie będzie.

I teraz - mając niepewną sytuację za wschodnią granicą, ekscentrycznego i niewiarygodnego jako ucieleśnienie zachodnich wartości prezydenta USA, tudzież wyrok oślej ławki w Unii - w jakiej sytuacji strategicznej jest Polska? To pytanie dedykuję architektom polskiej polityki zagranicznej od 2016 r., opisywanej przez nich z dumą jako "wstawanie z kolan".

Roman Graczyk  

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk | felieton

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje