​Pracownicy delegowani: mity i fakty

Mówi się nam (Wiadomości TV et cons.), że lansując nowelizację dyrektywy o pracownikach delegowanych, Francja okazuje Polsce wrogość i że czyniąc tak niszczy fundamenty Unii Europejskiej. Pozwolę sobie nie zgodzić się z taką oceną.

Problem jest złożony. My mamy tu swoje interesy gospodarcze, a Francja ma swoje. W 2015 r. we Francji pracowało oficjalnie 285 tys. pracowników korzystających z tego statusu, w tym 48 tys. Polaków, 44 tys. Portugalczyków, 35 tys. Hiszpanów, 30 tys. Rumunów. Zgodnie z obowiązującą jeszcze dyrektywą z 1996 roku, firmy delegujące swoich pracowników do pracy w innych państwach Unii mają obowiązek respektować prawo pracy tych krajów (minimalna wysokość płacy, minimalna długość płatnego urlopu itp.), natomiast składki na ubezpieczenie społeczne opłacają u siebie. Różnica jest niebagatelna, np. we Francji te składki stanowią 45 proc. kosztów pracy, a w Rumunii 13 proc. Do tego dochodzi różnica w płacach, bo firmy delegujące rozumieją obowiązek płacenia "nie mniej niż" płaca minimalna, tak, że dają swoim pracownikom delegowanym - po prostu - francuską płacę minimalną, o ile nie oszukują. To ważne zastrzeżenie, bo poza literą prawa dyrektywy z 1996 r., którą Francja kontestuje, mamy jeszcze obchodzenie tegoż prawa, dokonujące się tu na masową skalę. Oszustwa polegają na tym, że część "delegowanych" pracuje na czarno, że nie są respektowane owe obowiązkowe minima socjalne oraz że tworzy się "firmy-wydmuszki", które nie świadczą żadnych usług w kraju pochodzenia, a jedynie delegują pracowników do bogatszych krajów Unii.

Reklama

Wszystko to razem sprawia, że przedsiębiorstwa delegujące swoich pracowników są na nowych rynkach wybitnie konkurencyjne - to zysk dla firm z Rumunii, Polski czy Portugalii. Z drugiej jednak strony konkurujące z nimi firmy francuskie stoją na straconej pozycji, ponieważ ich koszty pracy są (tak z racji dozwolonych przez dyrektywę, jak i z powodu jej masowego obchodzenia) znacznie wyższe. To się we Francji nazywa "nielojalną konkurencją", albo "dumpingiem socjalnym". Kto, trzymając się faktów, potrafi zanegować takie oceny?

Polski rząd, naturalnie, nie musi się troszczyć o interesy francuskie, a powinien o polskie. Ale nasze interesy nie polegają tylko i wyłącznie na korzyści owych 48 tys. polskich pracowników delegowanych i - w szczególności - ich pracodawców. Polegają też na naszym rozumnym stosunku do procesu integracji (w tym wyrównywania różnic poziomu zamożności), który per saldo jest dla nas korzystny, chociaż bywa, na krótkąmetę, trudny.

Polska opinia publiczna powinna rozumieć, na czym polega problem. Jednak wierząc w przekaz Wiadomości TVP jak w Ewangelię, nic z tego nie zrozumie i będzie przekonana, że prezydent Macron chce zmienić dyrektywę na złość Polsce.

Nie jest prawdą, że Francja domaga się zakazu pracy delegowanej - domaga się jej ograniczenia z 24 do 12 miesięcy oraz uszczelnienia systemu tak, żeby zmniejszyć skalę praktyk oszukańczych. Nie jest więc tak, że ktoś tu złośliwie dybie na Polskę, natomiast - owszem - jest konflikt interesów. Konflikty interesów w Unii rozwiązuje się przez kompromis, a nie przez walenie pięścią w stół - jednak Pani Premier woli to drugie i co kilka dni daje temu publicznie wyraz. Żeby osiągnąć kompromis, trzeba rozumieć problemy naszego partnera/konkurenta. Ale żeby je rozumieć, trzeba najpierw cokolwiek wiedzieć o faktach.

Znając fakty wypada stwierdzić, że dyrektywa w obecnym kształcie jest korzystna dla wyników finansowych naszych firm, ale zarazem utrwala drastyczną różnicę poziomu płac i świadczeń socjalnych po obu stronach dawnej żelaznej kurtyny. A przecież nie o to, na dłuższą metę, chodzi w Unii. Obie strony zarzucają sobie zdradę zasad europejskich. Myślę, że ani prezydent Macron, ani premier Szydło nie mówią całej prawdy. Bo wolność przepływu osób, kapitału, produktów i usług jest fundamentem UE (punkt dla Pani Premier), ale wyrównanie poziomów zamożności poszczególnych krajów jest też takim fundamentem (punkt dla prezydenta Macrona).

Utrzymywanie drastycznych różnic płac i ochrony socjalnej to polityka, której nie da się przedstawić jako działanie na rzecz jedności europejskiej. Poza tym problem tej niespójności ma dalsze konsekwencje. Widać gołym okiem, jaki jest związek popularności haseł antyeuropejskich i ksenofobicznych Frontu Narodowego, a istnieniem takich regulacji unijnych jak rzeczona dyrektywa z 1996.

Jeśli nie zależy nam na progresji FN i - szerzej - postaw antyunijnych w Europie Zachodniej, jeśli nie chcemy pogłębiać swojej izolacji w UE, jeśli nie chcemy utrwalać obecnego niskiego poziomu socjalno-płacowego jako jednego z nielicznych polskich atutów konkurencyjnych, to może okażmy jakąś elastyczność w sprawie dyrektywy.

Roman Graczyk 

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje