Rząd przetrwa, tylko nie wiadomo, po co

Nawet jeśli koalicja PO-PSL przegra piątkowe głosowanie w sprawie referendum szkolnego, nie musi to automatycznie oznaczać przedterminowych wyborów. Faktem jest natomiast, że ta koalicja grzęźnie jak buksujący w piasku samochód: coraz trudniej przychodzi jej przeforsowywać w Sejmie ustawy. A to znaczy po prostu: coraz trudniej przychodzi jej rządzić.

Nie dzieje się tak dlatego, że koalicja PO-PSL płaci polityczne koszta niepopularnych reform. To raczej objaw rosnącej demoralizacji po 6 latach u władzy.

Reklama

Pierwsza kadencja tych wspólnych rządów była nijaka, po drugim zwycięstwie zapowiadano, że dopiero teraz zapadną ważne decyzje zmieniające kraj. Nic takiego się nie stało. Platforma, która u swych początków miała i obywatelski zapał, i reformatorski (w zasadzie liberalny) program, okazała się partią władzy - ugrupowaniem pozbawionym ambicji naprawiania państwa, a skupionym na trwaniu jako grupa interesu usytuowana w szczególnym miejscu i korzystająca z tego usytuowania.

To Platforma, a cóż dopiero mówić o PSL-u? To partia, która zawsze w  III RP (a tym bardziej w PRL-u jako Zjednoczone Stronnictwo Ludowe) była swego rodzaju związkiem zawodowym polityków. W sumie: spotkały się duża partia władzy z małą partią władzy. Każda zabiegała o to, co naprawdę było dla niej ważne, w sobie właściwy sposób: jedni aferą hazardową inni taśmami Serafina. Na przestrzeni tych 6 lat zmienił się tylko poziom społecznych oczekiwań, a w konsekwencji sposób reakcji przywództwa partyjnego na te patologie. Dziś są one coraz bardziej postrzegane są jako coś nieodłącznego od polityki. A to daje politykom dodatkową przestrzeń do dalszego łupienia państwa.

W dobie afery hazardowej premier Tusk jeszcze czuł się zobowiązany do jakiejś spektakularnej reakcji. Inna sprawa, że potem PO udało się (dzięki uczynnemu posłowi Sekule jako przewodniczącemu nadzwyczajnej komisji sejmowej) zamieść śmieci pod dywan, ale początkowa seria dymisji i przesunięć kadrowych, zaordynowana przez Tuska, przynajmniej dowodziła, że partia próbuje pokazać, że wewnętrznie się oczyszcza.

Teraz, w dobie afery z kupowaniem głosów w wyborach do dolnośląskiej PO, premier najwyraźniej ocenił, że publiczność nie wymaga już od niego nawet pryncypialnych gestów. Skierowanie do sądu partyjnego zarówno tych, którzy przekupywali, jak i tych, którzy to nagłośnili, pokazuje większy dziś niż w 2009 r. poziom cynizmu. Mniejsza presja wyborców - większy cynizm.

Z tego punktu widzenia nie powinna też dziwić perspektywa współrządzenia PO z postkomunistyczną SLD. Owszem, są politycy Platformy (np. Marek Biernacki), którzy na to nie pójdą, ale Tusk i jego dwór nie będzie miał żadnych oporów, żeby to zrobić pod koniec tej kadencji (jeśli będzie następować dalsza erozja obecnej większości) lub po wyborach.

Czy jest możliwy inny scenariusz? Biorąc pod uwagę obecny poziom poparcia poszczególnych partii, niewykluczona jest koalicja PiS-SP, o ile SP przekroczy próg wyborczy i o ile nie zniweczy tej koalicji silna antypatia Kaczyńskiego do Ziobry i vice versa. Być może ratunkiem dla alternatywnego wobec koalicji PO-SLD układu byłoby przystąpienie doń PSL. Będzie to ratunek czysto matematyczny, poziom ideowości tej nowej koalicji przez to nie wzrośnie.

W sumie, jak to w polityce, mamy wybór między złym i mniej złym.

Roman Graczyk  

-----

Zapraszamy na spotkanie z Romanem Graczykiem, autorem książki "Chrzanowski", które odbędzie się 8 listopada 2013 r. o godz. 17 w Klubie Dziennikarzy "Pod Gruszką" przy ul. Szczepańskiej w Krakowie.

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy