Siłowe oświecanie greckiego ludu

Parlament grecki przyjął dziś nad ranem ugodę z wierzycielami, która powstrzymuje kraj od bankructwa, ale narzuca mu drakońskie oszczędności. Ugodę bardzo podobną do tej, którą Grecy odrzucili w referendum tydzień wcześniej. Po co więc premier Tsipras wtedy wzywał greckich obywateli do odrzucenia planu, a tej nocy zachęcał greckich parlamentarzystów do przyjęcia planu bardzo podobnego? To pytanie wewnątrzgreckie.

Ale jest jeszcze pytanie europejskie: skoro Unia stoi na zasadach demokratycznych, dlaczego ominęła masowe greckie "nie" (62 proc. głosów) sprzed tygodnia, zmuszając Greków do przyjęcia warunków niemal równie trudnych jak te poprzednie?

Reklama

Odpowiedź na pytanie wewnątrzgreckie nie jest dla nas (dla Polski) aż tak ważna. Zaryzykowałbym taką, że Tsipras zdawał sobie sprawę, że tak czy inaczej nie obejdzie się bez ciężkich wyrzeczeń, ale chciał odegrać przed Grekami rolę twardziela. Bo przed kilku miesiącami wygrał wybory jako twardziel, który mówi Unii: dosyć upokarzania naszego dumnego narodu!

Zarządzając referendum i zalecając głosowanie na "nie" wypowiedział tę frazę jeszcze raz, jak gdyby zabezpieczając się przed atakami własnej opinii publicznej, które niechybnie nadejdą. Otóż, nadeszły tydzień później, kiedy premier zachęcał swoich parlamentarzystów do głosowania - tym razem - na "tak".

Tsipras teraz zdaje się mówić: chciałem was przed tym uchronić, ale mimo najlepszej woli nie dało się tego zrobić. Niekiedy, zresztą, mówi to wprost, jak w niedawnym wywiadzie telewizyjnym (z 14 lipca), gdy zarazem zachęcał do poparcia nowego planu pomocowego i dystansował się od niego. W Polsce to się nazywa "nie chcem, ale muszem".

Ważniejsza jest jednak odpowiedź na pytanie europejskie. Rozważmy ją na planie pragmatycznym i na planie zasad.

Na planie pragmatycznym, jak się wydaje, przeważyły względy ogólnopolityczne. Obawa przed bankructwem Grecji, które pociągnęłoby za sobą konieczność jej wyjścia ze strefy euro, a to mogłoby być początkiem jej (strefy) końca, a przynajmniej końca w tej skali, gdy obejmuje ona większość państw UE, w tym kraje bogate i biedne, starych, jak i nowych członków UE, kraje solidnej gospodarczo Północy, jak i nie budzącego zaufania inwestorów Południa. Także obawa przed skutkami geopolitycznymi, czyli popadnięciem Grecji w zależność od Rosji. To nie są błahe racje, a zatem ten wybór jakoś się broni.

Za to na planie zasad sprawy wyglądają inaczej. Deklaruje się prawo każdego członka Unii do zawetowania jakiejś fundamentalnie ważnej decyzji (np. nowego traktatu albo nowego planu pomocowego), po czym świadomie przechodzi się do porządku dziennego nad suwerennie wyrażonym "nie".

Tak było w ostatniej dekadzie z "nie" wyrażonym w referendach w Irlandii, Francji i Holandii. Mówi się wtedy, że to "nie" w istocie znaczyło coś innego, robi się jakąś sztuczkę w rodzaju przerobienia konstytucji europejskiej na traktat konstytucyjny, przykrawa się i przyfastrygowuje zakwestionowaną materię tak, żeby na koniec wyszło "tak". I tak na koniec wychodzi.

Jedno zastrzeżenie. Byłoby dobrze, żeby Grecy lepiej pracowali, w większym stopniu płacili podatki i pozbyli się skłonności do życia za cudze pieniądze. W tym sensie jest rzeczą słuszną skłaniać ich do głębokich reform tak, żeby ich gospodarka wreszcie przypominała gospodarkę innych krajów UE, i żeby Grecy nie żyli wiecznie na kredyt. Unia mogła więc tupnąć nogą przed referendum, mówiąc Grekom: wóz, albo przewóz, jeśli zagłosujecie "nie", to się rozstajemy. Ale jak zwykle w Brukseli zwyciężył dyskurs, który w Polsce nazwalibyśmy "jestem za, a nawet przeciw". Grecy powiedzieli twarde "nie", Bruksela zaś udała, że nie słyszy.

Jest to jeszcze jeden dowód na to, że żyjemy w epoce post-polityki, gdzie kategorie prawdy i fałszu nic już nie znaczą.

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje