​System bez dzwonków alarmowych

Prawo i Sprawiedliwość idzie na kolejną wojnę. Tym razem PiS kieruje swoje armie przeciwko Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, Małgorzacie Gersdorf. Przypuszczam, że to będzie Blitzkrieg. A nawet, biorąc pod uwagę stan sił w chwili wypowiedzenia wojny, można powiedzieć, że partia rządząca tę wojnę już wygrała.

Dlaczego terenem kolejnej ofensywy jest Sąd Najwyższy (nikt rozumny nie będzie kwestionował opinii, że Pierwsza Prezes nie jest tutaj celem wyłącznym)? Bo okazał się zaporą na drodze do uzależnienia sądownictwa od rządu. W wojnie o Trybunał Konstytucyjny Sąd Najwyższy, ustami pani Pierwszej Prezes, nie pozostawił wątpliwości, po której stronie się opowiada. Także w kilku innych sprawach (ustawa o zgromadzeniach, ustawa dezubekizacyjna) Sąd Najwyższy stawał na drodze partii rządzącej. Wreszcie, SN ma niedługo zbadać legalność wyboru sędzi Julii Przyłębskiej na stanowisko Prezesa Trybunału Konstytucyjnego.

Reklama

Tego już było za wiele i właśnie dzisiaj poseł Arkadiusz Mularczyk ogłosił, że grupa 50 posłów i senatorów Prawa i Sprawiedliwości skierowała do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie legalności wyboru sędzi Gersdorf.

Tło polityczne tej rozgrywki jest oczywiste. W tym przypadku nie wystarczy jednak powiedzieć: politycy kłócą się - jak zawsze. Problem polega na tym, że kłócą się przy pomocy instytucji państwa prawa i dewastują te instytucje. Nadto, nie wszyscy politycy są tu  jednakowo winni, oględnie mówiąc. A mówiąc wprost: dewastacji dokonuje partia rządząca, opozycja próbuje tych instytucji bronić, ale - oczywiście - przegra kolejny raz.

Jednak to, że tło tej rozgrywki jest polityczne, powoduje, że niekiedy zaciera się ostrość obrazu, że zapominamy, o co w gruncie rzeczy toczy się ta wojna. Bo w polityce racje są, z natury rzeczy, podzielone. Ktoś może uważać, że argumentacja prawna Sądu Najwyższego w jego opinii na temat ustawy dezubekizacyjnej jest w rzeczywistości motywowana chęcią konserwowania przywilejów starego reżimu. Problem polega na tym, że nawet jeśli tak byłoby naprawdę, nie musiałoby, a nawet nie powinno to unieważniać argumentacji prawnej i wniosków, jakie z niej SN wyprowadza. W tym sensie można powiedzieć, że broniąc zasad konstytucyjnych i ich respektowania w ustawodawstwie zwykłym, SN stoi na straży cywilizowanych zasad w ogóle. Czy może się zdarzyć, że na takiej argumentacji skorzystałby jeden czy drugi były funkcjonariusz SB? Może. Ale gdy skutecznie obronimy zasady konstytucyjne, wszyscy zyskamy wielokrotnie więcej. Proszę mnie źle nie zrozumieć: nie jestem przeciwnikiem tej ustawy w ogólności, ale zgadzam się z opinią, że jest ona w szczegółach zbyt rygorystyczna (słynny przykład funkcjonariusza, który w PRL przepracował 1 dzień, a następnie w III RP 26 lat). To jest niuans, ale niuans, który ktoś - jakaś instytucja strzegąca praworządności - powinien dostrzec i zaalarmować.

Otóż wiemy już od z górą roku, że Prawo i Sprawiedliwość nie toleruje w ramach swojego modelu rządów istnienia takich bezpieczników. Władza ma być sprawowana na zasadzie jednolitej, skoncentrowanej, bez żadnych kontr-władz. Ruki po szwam i żadnego tam cheks and balances.

I teraz, jak już Trybunał Konstytucyjny został odzyskany przez siły dobrej zmiany (chociaż jeden zwolennik dobrej zmiany w TK wierzga - trzeba będzie coś z tym zrobić), mamy quasi-pewność, jakie będzie orzeczenie TK w sprawie wniosku 50 parlamentarzystów PiS, dzisiaj ogłoszonego przez posła Mularczyka. Tak więc za chwilę nie będzie już sędzi Małgorzaty Gersdorf na czele Sądu Najwyższego. Co jednak z resztą jego składu, czy odwołanie Pierwszej Prezes wystarczy? Na razie trzeba liczyć na pedagogiczne oddziaływanie zasady ruki po szwam.

A jak to nie wystarczy, to się poprosi posła Mularczyka, albo posła Piotrowicza. Na pewno coś wymyślą.

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje