Sześć nonsensów na temat imigracji

Polska dyskusja o imigracji jest – jak rzadko – najeżona myśleniem życzeniowym i nieznajomością problemu. Wynika to głównie stąd, że my tu w Polsce, żyliśmy przez pół wieku (za PRL-u) pod kloszem etnicznej i kulturowej jednorodności, a i potem (po 1989 r.) nie zdawaliśmy sobie sprawy, czym jest Zachód, do którego aspirowaliśmy.

Nie wiedzieliśmy i w ogromnej mierze dalej nie wiemy, jak daleko zaszły tam procesy wymieszania kultur. Stąd, gdy nagle pojawił się problem masowego napływu przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu (ok. 280 tys. osób w ubiegłym roku, ok. 365 tys. w tym roku do sierpnia), stajemy wobec niego intelektualnie bezradni: z naszymi uprzedzeniami i niewiedzą. Mało jest przykładów takiego rozejścia się mentalności zachodnich i wschodnich Europejczyków (członków jednej Unii Europejskiej) jak sprawa imigrantów.

Reklama

Nie chcę przez to powiedzieć, że zachodni Europejczycy skutecznie sobie z tym problemem radzą – gołym okiem widać, że nie. Ale są z nim oswojeni, a dla nas to jest szok.

Ilość nonsensów, które padają z obu stron w tej dyskusji, jest niezliczona. Wybieram sześć najbardziej oderwanych od rzeczywistości.

Nonsensy prawackie:

1. Obecna fala imigracja to problem Zachodu, efekt polityki kolonialnej. Polska ma tutaj czystą kartę, więc nie musi się teraz solidaryzować z Zachodem. Owszem, musi. Jeśli ktoś wyobrażał sobie, że przynależność do Zachodu, a tym  bardziej do Unii Europejskiej oznacza tylko konfitury i ani trochę wspólnego niesienia ciężarów, był skrajnie naiwny. Podstawą takiego myślenia zazwyczaj było przekonanie, że Zachód to taki byt ekonomiczno-ustrojowy, który jest synonimem bogactwa i pokoju wewnętrznego. Wielu z nas myślało, że właśnie do takiego obszaru szczęśliwości na ziemi wchodzimy i to automatycznie kończy nasze kłopoty. To nieporozumienie. Zachodnia Europa i Unia są zapewne lepszym miejscem na ziemi niż większość innych krajów, ale czas dobrobytu i pokoju wewnętrznego skończył się tam gdzieś w połowie lat 70. Od tego momentu nowi przybysze (także nowi członkowie Wspólnoty Europejskiej, potem Unii) dołączali się już do obszaru ogarniętego permanentnym kryzysem.

Solidarne rozwiązywanie problemów jest naczelną  zasadą Unii. Polacy domagali się tej solidarności przy rozdziale pieniędzy w dwóch kolejnych budżetach unijnych i dostali ją. Domagali się jej przy sprawie sankcji przeciw Rosji i także, w gruncie rzeczy, po wahaniach, dostali ją. Gdy teraz w obliczu kolosalnych problemów, jakie dotykają naszych zachodnich partnerów, mówimy im: to wasz kłopot, pokazujemy się jako kraj wybitnie nielojalny. Taka postawa Polski w Unii skazuje nas na izolację i w ogólne podważa sens przynależności do tego organizmu.   

2. Islam w Europie oznacza bezwyjątkowo terroryzm. Trudno zaprzeczyć, że podstawą kulturową terrorystów działających w Europie jest w ogromnej większości przypadków islam. Ale utożsamienie każdego wyznawcy islamu z potencjalnym terroryzmem jest równie mądre jak zbitka Polak - katolik czy Niemiec - nazista. Istnieje wprawdzie coś takiego jak kod religijno-kulturowy, ale istnieje też wolna wola człowieka. I – na szczęście -  asymilacja do zachodnich standardów.

3. Jedyną obroną przed islamizacją Europy jest jej rechrystianizacja. Owszem, Europa chrześcijańska byłaby mniej podatna na rozszerzanie wpływów islamu na jej terytorium. Zapewne nie notowalibyśmy wtedy tak licznych konwersji na islam, bo grunt duchowy byłby bardziej żyzny. Ale rechrystianizacja jako lekarstwo na islamizację to mrzonka. Od biedy można byłoby przedsięwziąć taki projekt w Polsce, ale na Zachodzie procesy laicyzacyjne zaszły tak daleko, że nie ma już o czym mówić. Podstawą aksjologiczną Europy muszą być dziś wartości wspólne, a nie specyficznie chrześcijańskie, bo do tych przyznaje się dziś aktywnie nieliczna mniejszość. Można żałować, że tak jest, ale na tym żalu nie zbuduje się konstruktywnej obrony przed zagrożeniami. 

 Nonsensy lewackie

1. Nie ma zderzenia cywilizacji, a straszenie terroryzmem to obelga dla wyznawców

islamu, religii pokoju. Owszem, Samuel Huntington miał rację, co najmniej w głównym zarysie. Cywilizacje są, a przynajmniej bywają, mało przystawalne. Niezależnie od obecnego zawsze w historii mieszania się kultur i tradycji, akurat od ostatnich dekad XX wieku mamy do czynienia raczej z przewagą procesów odwrotnych: ożywieniem tradycyjnych tożsamości u ludów przedtem poddanych długotrwałej okcydentalizacji. Iran Chomeiniego znaczy początek tego procesu, potem mieliśmy Afganistan, Sudan iwiele innych, a sam proces jest w rozkwicie, nie zaś w fazie schyłkowej.

Owszem, terroryzm islamski jest realnym zagrożeniem. Nie ma tygodnia bez krwawego zamachu, także w krajach Zachodu. Twierdzenie, że nie ma związku między wielomilionową imigracją islamską do Europy, a islamskimi terrorystami już nie tylko w krajach Maghrebu czy Bliskiego Wschodu, ale w Europie, jest niedorzeczne.

2. Nie można robić żadnej selekcji wśród imigrantów, a szczególnie selekcji na korzyść chrześcijan. Taka selekcja to wstęp do segregacji rasowej, przedsionek Auschwitz. Owszem, można i należy, bo musimy nie tylko pomagać przybyszom w potrzebie, ale i dbać o dobrostan tubylców – w tym wypadku Polaków. Jeśli uważnie prześledzić informacje prasy zachodniej z ostatnich tygodni, widać wyraźnie, że zachodni przywódcy mają preferencję do imigrantów raczej z Syrii niż z Erytrei, raczej chrześcijan czy jazydów niż muzułmanów. Tyle, że nie wysuwają argumentów etniczno-wyznaniowych, bo panująca poprawność polityczna na to nie pozwala. Ale byłoby głupotą dać się zwieść temu kamuflażowi.

3. Projekt asymilacji to ukryty rasizm. Owszem, asymilacja musi być bazą polityki imigracyjnej każdego rządu, który ma trochę oleju w głowie. Tyle, że to wymaga naprawienia języka zdeprawowanego, przez lewackie wyobrażenia o wieczystym braterstwie ludów.

Polska może przyjąć nawet i milion nowych uciekinierów z Ukrainy, bo oni łatwo się zintegrują. Może z łatwością przyjąć 12 tysięcy migrantów pozaeuropejskich, czego oczekuje od na Komisja Europejska, ale pod warunkiem, że będą to raczej syryjscy chrześcijanie niż erytrejscy muzułmanie. Ten warunek możemy Unii postawić i powinniśmy bez kompleksów użyć kategorii etniczno-wyznaniowych. Powinniśmy pomóc imigrantom i to wielokrotnie większej liczbie niż pierwotna kwota 2 tysięcy osób, ale mamy prawo twardo powiedzieć: przyjmujemy was, jeśli będziecie respektować nasze normy.

Sorry, ale w tej sytuacji musimy oprzeć się na statystyce i rachunku prawdopodobieństwa: doświadczenia z imigracją islamską i nie-islamską w Europie Zachodniej od kilkudziesięciu lat są tu jednoznaczne. I tego musimy się trzymać. 

Gdy rozum śpi, budzą się demony. Te zaś są nie tylko brunatnej barwy.

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje