​Trybunał: Prawo i polityka

Deklarowanym celem spotkania liderów partii politycznych w gabinecie marszałka Sejmu było znalezienie kompromisu w sporze o Trybunał Konstytucyjny. Tuż po spotkaniu słyszymy z różnych stron konfliktu politycznego, że jest światełko w tunelu: aktorzy polityczni mówią, że chcą znaleźć kompromis. Co z tego wyjdzie naprawdę? Nie wiem. I bardzo łatwo się pomylić przewidując taki czy inny rezultat za - powiedzmy - kilka tygodni.

Proszę nie traktować tych uwag jako próby odpowiedzi na pytanie "jak będzie?". Są one raczej próbą odpowiedzi na pytanie: "jak mogłoby być?". A dokładniej: "jak mogłoby być z pożytkiem i dla gwarancji praw obywatelskich, i dla gwarancji praw politycznych większości parlamentarnej?".

Reklama

Od strony prawnej rzecz jest prosta jak konstrukcja cepa: większość parlamentarna złamała wszystkie możliwe tu do złamania procedury i normy prawa materialnego. Okoliczność, że konflikt zaczął się od złamania prawa przez poprzednią większość parlamentarną (PO-PSL) już nie ma znaczenia, odkąd Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z początku grudnia unieważnił tamte przepisy.

Teraz nie ma już problemu naruszenia konstytucji przez większość PO-PSL, bo Trybunał prawidłowo zadziałał jako strażnik zasad, natomiast jest problem złamania konstytucji przez większość PiS, bo w tym przypadku Trybunałowi uniemożliwiono wypełnianie jego funkcji - kolejny raz łamiąc przy tym konstytucję. W tym sensie wzywanie opozycji do kompromisu na gruncie prawnym jest wzywaniem jej do przymknięcia oka na łamanie konstytucji.

Ta sytuacja bardzo dobrze ilustruje, jak niszczące dla kultury prawnej i kultury politycznej są takie wojny, jak to sprokurowana przez PiS w sprawie Trybunału. 

W takich razach dochodzimy bowiem do momentu, kiedy nie ma już (albo aktorom politycznym wydaje się, że nie ma) dobrego wyjścia i po to, żeby umożliwić sprawcy bezprawia zachowanie twarzy, pozostali partnerzy godzą się, choćby milcząco, na pogwałcenie zasad.

Tak było - przypomnę - kilkakrotnie za prezydentury Lecha Wałęsy, który jak w pijanym widzie wszczynał kolejne wojny ze wszystkimi, łamiąc prawo przy pomocy osławionych precedensów Lecha Falandysza. Np. rząd Suchockiej, nie chcąc eskalować konfliktu, nie stawiał twardo sprawy braku kontrasygnaty na niektórych nominacjach personalnych prezydenta, mimo że z formalnego punktu widzenia były one bezprawne, a więc nieważne. 

W ten sposób łamanie prawa przez Wałęsę stawało się usankcjonowanym przez zwyczaj konstytucyjny sposobem zachowania (nb. niech sobie o tym przypomną wszyscy, którzy dzisiaj wywieszają portrety Wałęsy zapewniając o swojej dumie z jego prezydentury - powiedz mi, z kogo jesteś dumny, powiem ci, kim jesteś). Dziś mamy sytuację podobną.

Moim zdaniem, jeśli opozycja przemyśliwa nad tym, jaki gest pod adresem PiS uczynić, powinna iść w kierunku zmian w ustawie o Trybunale, które wychodziłyby naprzeciw pewnym uzasadnionym obiekcjom PiS-u co do modelu kontroli konstytucyjności ustaw. Bo trzeba jasno powiedzieć, że chociaż prawo jest świętością w tym sensie, że należy go zawsze przestrzegać, to nie znaczy jednak, że prawo nie podlega ocenie i krytyce.

Otóż model kontroli konstytucyjności przyjęty w Polsce charakteryzuje się przewagą kontroli "abstrakcyjnej" (tzn. inicjowanej, zanim jeszcze ustawa zacznie przynosić określone skutki prawne) nad kontrolą "konkretną" (tzn. inicjowanej, gdy ustawa zdaje się naruszać prawa konstytucyjne obywateli, jednym z jej przejawów jest indywidualna skarga konstytucyjna). Bardzo dobrze objaśnia ten model tekst Arkadiusza Radwana i Jacka Sokołowskiego w dzisiejszej "Rzeczpospolitej" - polecam. 

W skrócie chodzi o to, że ten przeważający rodzaj kontroli jest domeną polityków (opozycji parlamentarnej), a to prowadzi do uczynienia z sądu konstytucyjnego swego rodzaju trzeciej izby parlamentu, ale izby jak gdyby nadrzędnej. To z pewnością nie podoba się PiS-owi. I teraz pytanie: czy ta obiekcja może być merytorycznie oceniona przez opozycję, czy też z faktu, że PiS ma z tym problem, opozycja zechce zrobić polityczny oręż przeciwko rządzącym? 

Druga problematyczna cecha polskiego modelu kontroli konstytucyjności to sposób wyboru sędziów: bardzo polityczny oraz nieodporny na okoliczność dwukadencyjnej władzy jednego obozu politycznego. W takiej sytuacji jeden obóz uzyskuje gigantyczną przewagę "swoich" sędziów w Trybunału. Tak się złożyło, że po dwóch kadencjach rządów PO-PSL, dawna większość miała prawie wszystkich "swoich", a nowa większość nie miała ich prawie wcale. To też uwiera PiS. 

Czy opozycja potrafi przyznać, że to jest jakiś realny kłopot? Czy rząd potrafi przyznać, że próbując zmienić tę niekomfortową dla siebie sytuację, wybrał metodę wyważania drzwi łomem, zamiast ich otwarcia za pomocą klucza (tu: respektowania procedur)? Gdybyśmy znali odpowiedzi na te pytania, wiedzielibyśmy więcej na temat szans wyjścia z obecnego pata.

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje