Valls traci większość absolutną

Przedwczorajsze (29 kwietnia) głosowanie w Zgromadzeniu Narodowym nad rządowym programem stabilizacji budżetowej przyniosło wynik, który nie powinien zaskakiwać (wziąwszy pod uwagę wcześniejsze napięcia w łonie lewicy), ale który jest spektakularnym dzwonkiem ostrzegawczym.

Rządowy program zyskał akceptację 265 deputowanych, przeciw głosowało 232, a więc ma większość - ale tylko większość względną (większość absolutna wynosi 289 deputowanych). Oznacza to, że nowy rząd już na starcie popada w poważne kłopoty. A z drugiej strony rząd nie może zejść z drogi oszczędności budżetowych, bo pod tym względem sytuacja Francji jest dramatyczna. Pozostaje wąska ścieżka na stromej grani.

Reklama

Problem prezydentury François Hollande’a sprowadza się do tego, że były przywódca socjalistów został wybrany pod hasłami lewicowymi: więcej opieki socjalnej, wyższe płace, większa aktywność państwa w tworzeniu miejsc pracy i w inwestycjach  - krótko mówiąc: wzrost gospodarczy poprzez większy popyt. W sytuacji dramatycznego zadłużenia (wysoki deficyt budżetowy i wysoki dług publiczny), marnej koniunktury światowej i rygorów oszczędnościowych Brukseli wymaganych od państw członkowskich, to była polityka samobójcza. François Hollande głosił tego rodzaju program z powodów czysto politykierskich: musimy wygrać wybory, a potem się zobaczy.

Trzeba przyznać, że stosunkowo szybko po zwycięstwie (w maju 2012) nowy prezydent zaczął zmieniać kurs. Był to (i jest dzisiaj) kurs zbliżony do polityki gospodarczej jego poprzednika, stąd zupełnie inne hasła w kampanii wyborczej wiosną 2012. Otóż ta zmiana linii polityki gospodarczej na realistyczną, mniej socjalną, już od jesieni 2012 jest ostro kontestowana przez lewicowy lud. A także stopniowo coraz wyraźniej kontestowana przez polityczne elity lewicy.

Najpierw zbuntował się Front Lewicy (alians Francuskiej Partii Komunistycznej i Partii Lewicy kierowanej przez Jean-Luca Mélenchona, dawnego działacza Partii Socjalistycznej). Potem zieloni (EELV), odmawiając wejścia do rządu Manuela Vallsa, stworzonego w następstwie przegranych z kretesem przez socjalistów wyborów municypalnych. Teraz swój sprzeciw zgłaszają bardziej lewicowo nastawieni deputowani samej Partii Socjalistycznej. 41 spośród nich (więcej niż ¼ klubu PS w Zgromadzeniu Narodowym) odmówiło we wtorek głosowania za rządowym projektem. Było to wprawdzie głosowanie kierunkowe, nie projekt ustawy, niemniej ów plan oszczędności przedstawiony przez premiera zapowiada bardzo konkretne oszczędności (m. in. w wydatkach socjalnych i w administracji rządowej) w wysokości 50 miliardów euro od bieżącego roku do roku 2017 włącznie - i jest kluczowym elementem polityki nowego premiera.

Jeśli z takimi kłopotami zaczyna nowy rząd, to może oznaczać, że kłopoty będą jeszcze większe np. podczas głosowania budżetu na jesieni. Trzeba pamiętać że od początków V Republiki (1958 r.) we Francji rząd ma w zasadzie zapewnioną większość absolutną w Zgromadzeniu (wyjątkiem był rząd Rocarda w latach 1988 - 1991) i że wytworzyła się kultura polityczna oparta na zwartych, zdyscyplinowanych partiach politycznych. Zatem tego rodzaju wydarzenie, jak odmowa poparcia rządu przez ¼ klubu rządzącej partii, jest wydarzeniem bez precedensu.

Francja, jeśli chce odzyskać swoją dawniejszą pozycję współ-lidera Unii Europejskiej (obecnie w UE karty rozdają Niemcy i jedynie z kurtuazji robią niekiedy wrażenie, że francusko-niemiecki tandem przywódczy naprawdę istnieje) muszą przejść drogę ciężkich wyrzeczeń, jaką proponuje Manuel Valls. Dobrze, że znalazł się lewicowy przywódca, który rozumie, że nie ma na dłuższą metę dobrobytu na kredyt. Tylko czy  lewicowy lud i jego archeo-socjalistyczne elity na to pozwolą? Oto jest pytanie.

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje