Wdzięk Michalskiego, nagroda dla Tarasa

W dniu beatyfikacji Jana Pawła II nie byłem w Rzymie, nie byłem nawet w Łagiewnikach. Ale nie wyjechałem też na majówkę. Dzień ten spędziłem w domu, oglądałem w telewizji transmisję z Watykanu. Przeżywałem to wydarzenie z przyjaciółmi, dyskutowałem z nimi. Słowem: oprócz oddawania się starym wspomnieniom i bieżącym wzruszeniom, próbowałem także myśleć.

W myśleniu pomaga czytanie. Dariusz Rosiak napisał w "Rzeczpospolitej", że niedziela beatyfikacji pokazała wspólnotę Polaków, ale ta wspólnota ma tendencję malejącą: "wspólnota karleje, jej chrześcijański sens ginie w wojnie totalnej, jaką sobie fundujemy" ("Ostatnia taka niedziela", "Rz", 4 maja 2011). Z pewnością tak jest.

Reklama

Spór polityczny w Polsce (częściowo spór polityczny o zabarwieniu religijnym) przybrał takie rozmiary, że zagraża istnieniu społeczeństwa pojmowanego jako wspólnota pewnych podstawowych przekonań. Tym samym na dłuższą metę zagraża istnieniu demokratycznego państwa, bo ono musi opierać się na fundamencie pewnej liczby wspólnych przekonań jego obywateli. Naprawdę mamy problem.

Tu musi się pojawić pojęcie "herezji smoleńskiej" upowszechnione przez Cezarego Michalskiego w jego głośnym tekście w "Newsweeku". Jego główna teza jest - przypomnę - taka, że Jarosław Kaczyński instrumentalizując pamięć o katastrofie smoleńskiej, wykorzystując w niej formy tradycyjnego katolicyzmu, staje się jak gdyby kapłanem religijnej herezji. Jest w przekonaniu swoich sympatyków bardziej katolicki niż jest nim hierarchiczny Kościół.

"Po co - pisał Michalski - jechać do Rzymu, jeśli na miejscu, na Krakowskim Przedmieściu, pod Wawelem lub jeszcze prościej, w domu przed telewizorem, ma się religię smoleńską, relikwie, błogosławionego Lecha Kaczyńskiego i konflikt realny, rozgrzewający krew w żyłach bardziej niż banalny, letni, bo politycznie niepodzielny kult Karola Wojtyły, który proponują Polakom biskupi" ("Herezja smoleńska. Narodziny nowej religii", "Newsweek", 1 maja 2011).

Z pewnością jest coś na rzeczy. Ale - jak to w tekstach Michalskiego - trzeba oddzielić metaforę od istoty problemu. Metafora tworzy tekst, nadaje mu nośność - to jasne. Ale, nic nie ujmując Michalskiemu (jest to na pewno publicysta wybitny), daje się on ponieść swoim metaforom niekiedy poza granicę racjonalności. Niczym ów - przepraszam za polityczną niepoprawność tej anegdoty - Cygan, który dla towarzystwa dał się powiesić. Lecz Michalski ma przynajmniej wdzięk.

Mniej wdzięku mają rozmaici klakierzy, którzy zapełniają tzw. mainstreamowe media. Skrajna opinia, bez tego powabu lekkiej formy, pozostaje tylko skrajna. I straszy.

No więc zgoda, że Michalski pokazuje prawdziwy problem, jakim jest instrumentalizacja katastrofy smoleńskiej przez Jarosława Kaczyńskiego. Nie znaczy to jednak, że Kaczyński wymyślił to wszystko, co wielu Polaków realnie boli w związku z tą katastrofą. Boleć mogą także lęki urojone (mgła na lotnisku, dobijanie rannych ...), ale w tej historii jest aż nadto prawdziwych powodów do niepokoju - zarówno w zakresie śledztwa rosyjskiego, jak i w zakresie śledztwa polskiego i w ogólne stosunku polskiego rządu do tej katastrofy.

To nie Kaczyński wymyślił mataczenie Rosjan (np. zmianę zeznań oficerów z wieży kontroli lotów). Nie Kaczyński wymyślił skandaliczne przemilczenia w raporcie MAK-u. Nie Kaczyński wymyślił brak zadowalającej polskiej reakcji na te przemilczenia. Nie Kaczyński wymyślił ochranianie przez Tuska ludzi, którzy ponoszą polityczną odpowiedzialność za katastrofę. To wszystko - niestety - wydarzyło się naprawdę. Innymi słowy, Kaczyński ma aż nadto argumentów do zbudowania wielkiej oskarżycielskiej kampanii w sprawie Smoleńska.

To że wielu ludzi poczciwych doszło do postawy: "gdy słyszę słowo >>Smoleńsk<<, wyłączam telewizor", jest wątpliwą zasługą owych klakierów z mainstreamowych mediów, którzy potrafią unieważnić najbardziej realne fakty i wyśmiać najbardziej piekące rany. Tych wszystkich poranków Radia TOK FM, gdzie zmieniające skład osobowy, ale w gruncie rzeczy ciągle te same towarzystwa wzajemnej adoracji nasładzają się głębią swoich, ciągle do bólu zgodnych, pożal się Boże analiz, gdzie słowo "Smoleńsk" jest synonimem myślowego obciachu i politycznego ekstremizmu.

Dlatego podoba mi się trzeźwa odpowiedź o. Pawła Kozackiego, który pytany przez "Tygodnik Powszechny" o poczucie krzywdy wśród zwolenników Kaczyńskiego, powiedział, że taki problem istnieje. "(...) >>smoleńska<< symbolika jest wyrazem ich patriotyzmu i przywiązania do wiary. Nie wątpię, że są w tym autentyczni. I wcale nie chcą robić karier politycznych. W Kaczyńskim widzą wyraziciela wartości, które w sobie noszą, a które - tak to czują - są deptane czy wyśmiewane. Niestety, kpiny czy szyderstwa z wiary czy ludzi wierzących nie są urojone" ("Puste miejsce po Kościele", TP, 15 maja).

Zamiast komentować słowa o. Kozackiego przypomnę, że Dominik Taras, pomysłodawca szyderczych happeningów pod Pałacem Prezydenckim w lecie ub. r., został niedawno zgłoszony do jakiejś nagrody Radia TOK FM, typu "Człowiek Roku".

Jeśli Taras wygra, będzie jak w tym powiedzonku z czasów PRL-u: "odpowiedni człowiek na odpowiednim stanowisku".

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: Ryszard Tarasiewicz | Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje