​Zrównywanie "Ognia" z "Burym", czyli Paweł Kukiz w akcji

Burza, jaka wybuchła po wpisie Pawła Kukiza na Facebooku na temat UPA i naszych "żołnierzy wyklętych" dobrze ilustruje paranoję, w jakiej tkwi debata publiczna w naszym biednym kraju. Tak, biedny to kraj, w którym nie da się normalnie dyskutować, a dyskusję zastępują podejrzenia, oskarżenia, a na koniec nierzadko inwektywy.

Od razu powiem, że sam Kukiz jest w części winny rozpętania emocji, bo jego wypowiedź, choć mająca gdzieś u spodu sensowną myśl, sama była przykładem chaosu. Cały Kukiz. Dlatego od dawna powtarzam, że jego obecność w polityce jest raczej pogłębianiem kryzysu demokracji przedstawicielskiej, niż jej leczeniem - ale to uwaga na marginesie.

Reklama

Kukiz napisał, że zanim będziemy się domagać rozliczeń od UPA, powinniśmy się uporać z pamięcią o "żołnierzach wyklętych", ponieważ wśród nich byli też tacy, którzy pod sztandarem "Bóg - Honor - Ojczyzna" dokonywali zbrodni na ludności cywilnej, po czym wymienił dwa przykłady: Romualda Rajsa "Burego" i Józefa Kurasia "Ognia".

Intencja Kukiza była dobra, bo rzeczywiście potrzeba nam chyba więcej zrozumienia dla losu Ukraińców podczas II wojny światowej. Nie powinno to oznaczać relatywizacji zbrodni UPA, bilans rzezi wołyńskiej, na przykład, pozostaje bardzo ciężki. Ale jakaś nutka wczucia się w tragiczne położenie naszych sąsiadów mogłaby być polskim wkładem w oczyszczenie atmosfery - naturalnie dalej oczekiwalibyśmy na stosowny wkład strony ukraińskiej. Gloryfikacja UPA nas boli i nigdy boleć nie przestanie, ale gdybyśmy uznali, że w tej formacji służyli pojedynczy ludzie, raz gorsi, raz lepsi, byłoby to jakimś wyciągnięciem ręki. Do tego, jak rozumiem, zachęcał Kukiz.

Na nieszczęście, muzyk walcząc z kliszami, sam posłużył się daleko idącym uproszczeniem. Zestawienie w jednym szeregu "Burego" z "Ogniem" było niefortunne, zresztą Kukiz częściowo wycofał się ze słów o "Ogniu" - za co należy mu się szacunek.

Dla mnie jednak inicjatywa Kukiza, przy - powtórzę - uznaniu jej dobrych intencji, ma inną jeszcze wadę, dalece ważniejszą niż to, co zauważono. Kukiz mówi: byli źli i dobrzy "żołnierze wyklęci", trzeba oddzielić od masy dobrych tych nielicznych złych. Otóż, to jest ciągle podejście komiksowe. Inne od tego, które dziś dominuje, ale ciągle komiksowe.

Żeby coś z naszej historii rozumieć, nie wystarczy sprzeciwiać się fałszerzom historii, trzeba także strzec się przed schematami, które miałyby wszystko porządkować. Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych jest inicjatywą nader słuszną i o 20 lat spóźnioną. Trzeba oddać honor ludziom, którzy postawili swoje życie na szali, stawiając opór sowietyzacji Polski. Ale trzeba też rozumieć, że ci ludzie (często bardzo młodzi) znaleźli się w sytuacji bez dobrego wyjścia, która nierzadko pchała ich - szczególnie u schyłku konspiracji - do czynów moralnie wątpliwych.

Prosty przykład: partyzanci nakładają kontrybucję na ludność cywilną jakiejś wioski i do pewnego momentu ludność dobrowolnie z nimi współpracuje. Ale, gdy nikną nadzieje na szczęśliwe zwycięstwo, a jak wiemy, od początku 1947 te nadzieje gwałtownie topniały, co robi ludność cywilna? Przestaje dobrowolnie współpracować. Co wtedy robią partyzanci? Biorą siłą. To tylko przykład pierwszy z brzegu, wiadomo, że przykładów bardziej drastycznych nie brakowało. Wojna, także wojna partyzancka, nie jest zajęciem dla grzecznych chłopców, a stara partyzancka maksyma głosi, że "kto szybciej strzela, ten dłużej żyje". 

Dlatego czcząc "żołnierzy wyklętych", namawiam do refleksji nad ich ponurym losem nie tylko ze względu na UB-eków wyrywających im paznokcie w śledztwie. Także ze względu na wyżej opisaną logikę, która wiodła do ich stopniowej izolacji w społeczeństwie.

Józef Kuraś "Ogień" doświadczył strasznych rzeczy, najpierw od Niemców, potem od polskich komunistów. Stawił im opór - z pewnością. Wymierzał sprawiedliwość tym, którzy uprawiali rozbój na Podhalu, nierzadko podszywając się pod partyzantów. Ale faktem jest również to, że jego ludzie dokonali pod Krościenkiem masakry kilkunastu Żydów-uciekinierów przez zieloną granicę. W końcu zginął, bo sam został zdradzony. Pokręcony, tragiczny los.

Podobnie tragiczny był los Jana Wąchały "Łazika". Tragiczny - choć inny od tamtych, bo przeżył - był los Juliana Zapały "Lamparta". Dlatego mieli rację klasycy: Tadeusz Różewicz ("Do piachu") i Jan Józef Szczepański ("Buty"). A współczesne prace - np. Macieja Korkucia o "Ogniu", Dawida Golika o "Lamparcie" czy Jerzego Wójcika o "Łaziku" w moim przekonaniu potwierdzają podstawowe oceny starych mistrzów.

Historia nie jest biała i nie jest czarna. Nie jest też, jak by chciał Paweł Kukiz, biało-czarna. Jest szara. Jest szara o różnych, nieraz bardzo od siebie odległych, odcieniach. Dlatego w stosunku do historii zalecałbym: więcej studiowania, mniej wiecowania.

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy