Zwycięstwo Trumpa, czyli na złość mamie odmrożę sobie uszy

Niemożliwe stało się faktem - Donald Trump będzie od 20 stycznia 2017 roku 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Wbrew temu co "warstwa oświecona" perswadowała "ludowi", ten drugi zagłosował tak, jak nie wypadało zagłosować. "Lud" amerykański pokazał amerykańskiej "warstwie oświeconej" gest Kozakiewicza. Tak jak to się wcześniej stało na Węgrzech czy w Polsce, w których to krajach wyborcy dali władzę partiom antyelitarnym; tak jak się to stało niedawno w Wielkiej Brytanii, która wybrała, wbrew swoim elitom, wyjście z Unii Europejskiej.

A na horyzoncie mamy inne sprawdziany, np. we Francji Marine Le Pen głośno cieszy się ze zwycięstwa antyelitarnego kandydata za Atlantykiem i zapowiada, tym bardziej, swoje własne w maju przyszłego roku. Czy tak będzie, nie wiemy, ale z pewnością mamy do czynienia z populistyczną falą. Demokracja liberalna podlega - globalnie - zakwestionowaniu i zwycięstwo Trumpa jest tylko jednym w szeregu wydarzeń z tego cyklu.

Reklama

Najwyraźniej "warstwa oświecona" nie rozumie tych głębokich procesów, które zmieniają oblicze świata. Populizm współczesny bowiem nie jest łatwo definiowalny. Z jednej strony, wyraża on wolę powrotu do tego, co było, do "prostych wartości" z dawnych czasów. A z drugiej, świat nowoczesnych technologii komunikacyjnych radykalnie skraca dystans między elitami a zwykłymi ludźmi. Internet sprawia, że pod wpisem największego specjalisty każdy może dopisać dowolnie głupi komentarz i zakończyć konkluzją: "Ty palancie, nic nie rozumiesz".

W tej sytuacji cenzus wykształcenia traci swoje dawne znaczenie. Weszliśmy - pod tym względem - w erę radykalnej równości. Zmiana jest porównywalna z wprowadzeniem powszechnego prawa wyborczego w zachodnich demokracjach na przełomie XIX i XX wieku. Już wtedy waga głosu profesora i dyletanta została zrównana. Wtedy przy urnie wyborczej, dziś w przestrzeni publicznej, co ma nieporównanie większe konsekwencje. Bo dyletant przy urnie często ciągle pozostawał podatny na argumentację profesora, a dyletant z forum internetowego zrobi wszystko, żeby nie uznać jakiejkolwiek przewagi profesora.

Nie potrafimy wyjść z szoku, nie rozumiemy, dlaczego Amerykanie głosowali na prymitywa i oblesia przedwczoraj, podobnie jak nie potrafiliśmy zrozumieć, dlaczego w 1990 r. Polacy wprowadzili do drugiej tury wyborów prezydenckich nawiedzonego nieuka.

Odpowiedź na ten kłopot często jest taka: trzeba wsłuchiwać się w to, co mówi "lud", reagować na jego niepokoje, formułować właściwe programy wyborcze, w końcu - spełniać oczekiwania "ludu", bo w demokracji nie można rządzić wbrew niemu. Otóż twierdzę, że taka diagnoza choroby, która drąży zachodnią demokrację, jest niewłaściwa.

Bo to nieprawda, że cała wiedza została tajemniczym zrządzeniem boskim zdeponowana w "ludzie", że "lud" wie lepiej. Przepraszam za szczerość, ale przeważnie wie gorzej, bo po prostu mniej zna świat, historię, mechanizmy rządzenia, mechanizmy gospodarki i całą resztę. Niekompetencja nie jest i nie może być żadnym szczególnym tytułem do posiadania racji.

Jeśli "prosty człowiek" burzy się przeciwko temu, że homoseksualiści powinni mieć prawo do zawierania związków cywilnych, zrównanych cywilnoprawnie z małżeństwami, to wyraża pogląd zdroworozsądkowy. Podobnie jeśli burzy się przeciwko przyjmowaniu nieograniczonej ilości imigrantów. Ale jeśli ten sam "prosty człowiek" radzi, żeby homoseksualistów leczyć elektrowstrząsami, to bredzi jak prawdziwy homofob.

Jeśli wznosi hasła typu "zero imigrantów", to bredzi jak prawdziwy rasista. A taka melodia była przecież obecna w kampanii Trumpa. I co? Mamy powiedzieć, że "lud" się nigdy nie myli, przyklasnąć wszystkim nonsensom "ludowej" sprawiedliwości (np. przywrócenie kary śmierci), "ludowej" demokracji (np. zniesienie realnej kontroli konstytucyjności ustaw)? Bardzo proszę: beze mnie.

Otóż zwycięstwo Donalda Trumpa zawiera w sobie oba te elementy: zarówno protest przeciwko ekscesom politycznej poprawności, jak i protest przeciwko modelowi amerykańskiej demokracji  i jej roli w świecie od II wojny światowej.

Oceniając to, co się stało we wtorek za Atlantykiem z polskiej perspektywy, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dla nas ważniejsze. Czy to, że polska odmienność w kwestiach światopoglądowych będzie odtąd mniej drażnić w zachodnich stolicach? Czy to, że bezpieczeństwo Polski może ucierpieć w wyniku zmniejszenia amerykańskiej obecności w Europie?

Moim zdaniem, dla kraju w takiej sytuacji geopolitycznej, w jakiej znajduje się Polska, odpowiedź jest prosta: bezpieczeństwo. Ale sądząc po pierwszych reakcjach polskich sfer rządowych i ich medialnego zaplecza, ta hierarchia nie jest dla nich wcale oczywista.

Roman Graczyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje