A co, gdyby to nie był PiS?

Nie wypada mi dziś nie zauważyć podsumowania dwóch lat rządów Prawa i Sprawiedliwości, tym bardziej, że w charakterystyczny dla siebie sposób wzbogaciła je prowadzona w Parlamencie Europejskim w Strasburgu debata i przegłosowana rezolucja na temat... czegośtam. Nie zamierzam jednak przekonywać nikogo, że liczba argumentów "za" rządem jest na półmetku jego kadencji większa od liczby argumentów "przeciw" lub odwrotnie. Chciałbym namówić Państwa, byśmy na chwilę w ogóle zapomnieli, że rządzi nami PiS. I spróbowali właśnie w ten sposób dać sobie samym szanse rzeczywistej oceny, czego dokonał. Albo i nie dokonał...

Nie, nie... Nie chodzi mi wcale o to, by przez chwilę wyobrazić sobie, że rządzi nami poprzednia koalicja, testując w ten sposób naszą osobistą mentalność Kalego i sprawdzając, czy jesteśmy w stanie nagle zachwycić się programem 500+ (to jedni), czy zatrwożyć proponowaną reformą sądów (to drudzy). Nic z tych rzeczy. Proponuję, by wyobrazić sobie przez chwilę, że od dwóch lat rządzi nami zupełnie obojętna nam wcześniej siła polityczna, której dojście do władzy przyjmowaliśmy nie jako osobistą klęskę lub zwycięstwo, ale z dystansem i na zasadzie: niech pokażą, co potrafią. Tylko w ten sposób mielibyśmy szansę ocenić, czy potrafili i czy pokazali, posłuchać argumentów obu stron i spróbować wyważyć, które są przekonujące, a które nie.  

Reklama

Oj, nie chodzi oczywiście o to, by zmieniać strony, dokonywać intelektualnych łamańców, narażać się na ostracyzm własnego środowiska, chodzi o rozważenie we własnym sumieniu, co się w naszym kraju przez ostatnie dwa lata wydarzyło, na ile zwiększyły się lub zmniejszyły szanse realizacji polskiej racji stanu, jak dokładnie ma się nasza demokracja, czy wreszcie - dla tych, którzy jeszcze pamiętają - Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej.  

W dobie spolaryzowanej opinii publicznej, spolaryzowanych mediów, podzielonych środowisk i rodzin nie jest łatwo zachować dystans, mam wrażenie, że nawet jeśli chcemy zdobyć się na obiektywizm, nie jesteśmy w stanie. Więc choć na chwilę, proponuję, zapomnijmy, że to PiS. Zwolennicy totalnej opozycji mogliby choć przez chwilę zastanowić się, czy bez tej nienawistnej im partyjnej etykiety, 500+, reforma sądów, niższy wiek emerytalny, obniżone emerytury byłych funkcjonariuszy służb PRL, badanie afery reprywatyzacyjnej, czy Amber Gold, wreszcie uszczelnienie VAT-u, wprowadzane przez władzę, do której nie byliby uprzedzeni, nie byłyby do przyjęcia. Z drugiej strony, zagorzali zwolennicy PiS mogliby zadać sobie pytanie, czy fakt, że nie dostrzegają problemów z Trybunałem Konstytucyjnym, wspomnianą reformą sądów, kontrolą nad mediami publicznymi, budżetowymi kosztami 500+, czy powrotu do niższego wieku emerytalnego, wynika z ich realistycznej oceny sytuacji, czy jednak z zauroczenia prezesem Jarosławem Kaczyńskim.  

No a w polityce międzynarodowej, jak przyjmowalibyśmy to, co się dzieje, "gdyby oni nie byli z PiS"? Czy bylibyśmy pewni, że realizowana obecnie polityka dbania o interesy i dobre imię za granicą jest skuteczna? Czy z drugiej strony rzeczywiście uważalibyśmy, że najlepszym sposobem konkurencji politycznej w kraju, jest donoszenie na Polskę, gdzie się tylko w Europie i na świecie da? Czy "gdyby to nie był PiS" część z nas nadal usprawiedliwiałaby powielanie "fake newsów" byle tylko zagraniczne media miały więcej powodów do wycierania sobie nami gęby? Czy cieszylibyśmy się, że oto "przyłożyli rządowi", czy raczej bylibyśmy oburzeni, jak nas wszystkich traktują?  

O tym, że taki eksperyment myślowy nie jest łatwy, przekonują wyniki prowadzonych przez naukowców z University of Nebraska-Lincoln badań. Z pomocą aparatury magnetycznego rezonansu jądrowego próbowali się przekonać, co dzieje się w mózgu liberała lub konserwatysty, gdy widzi, że przedstawiciel jego ukochanej opcji, Demokrata lub Republikanin, próbuje przekraczać linię politycznych podziałów. Okazało się, że na widok Demokraty, który sprzeciwia się aborcji, czy Republikanina, który wzywa do ograniczenia dostępu do broni, mózgi tych osób nie eksplodują. Eksperyment, choć niełatwy, jest więc bezpieczny.  

Analizowano aktywność różnych rejonów mózgu w trakcie, gdy badani liberałowie i konserwatyści zderzali się z opiniami rzekomych demokratycznych i republikańskich kandydatów. Ich zadaniem były jak najszybsze odpowiedzi "tak" lub "nie" na pytania o to, czy zgadzają się z danym stanowiskiem. Wśród tematów były takie kontrowersyjne w USA sprawy, jak kara śmierci, imigracja, nauczanie teorii ewolucji, małżeństwa homoseksualne, zmiany klimatyczne, czy ograniczenie dostępu do broni. Przeciętnie jedna trzecia z prezentowanych wypowiedzi "kandydatów" nie zgadzała się z oficjalną linią ich partii. Co ciekawe, badani liberałowie i konserwatyści nieco inaczej na takie przypadki reagowali.

Wbrew obiegowej opinii, że konserwatyści są mniej tolerancyjni, to liberałowie okazali się bardziej czujni w wychwytywaniu niekonsekwencji w wypowiedziach "ich" kandydatów. Udzielenie odpowiedzi w takim przypadku zajmowało im nieco więcej czasu i najczęściej takie stanowisko oceniali jako "złe". Analiza pracy ich mózgu wskazywała na zwiększoną aktywność rejonów odpowiadających za reakcję na stan konfliktu. Jak przyznaje pierwsza autorka pracy, Ingrid Haas, liberałowie byli bardziej krytyczni wobec takiej "niepoprawności" i mieli większą skłonność do tego, by takich kandydatów karać. To może oznaczać, że w obecnej politycznej sytuacji w USA politycy demokratyczni o konserwatywnych skłonnościach mają bardziej pod górkę, niż ich republikańscy koledzy o ciągotach liberalnych. Autorzy przyznają przy tym, że efekt może wiązać się z silniejszymi w partii republikańskiej podziałami i faktem, że różnice stanowisk są tam na porządku dziennym.  

To, co dla nas samych istotne, to fakt, że takie reakcje potencjalnych wyborców mogą tłumaczyć trwałość politycznych podziałów. Do tej pory uznawano raczej, że tworzą je politycy na szczytach władzy i to od nich "uczą się" bezkompromisowości przeciętni obywatele. Zdaniem autorów pracy, opublikowanej na łamach czasopisma "Social Justice Research", ich wyniki wskazują, że polityczny impas może tworzyć się też od dołu, kiedy wyborcy czynią swych przedstawicieli swoistymi zakładnikami. I o jakikolwiek kompromis jeszcze trudniej. 

Wracam więc, do mojej propozycji na wieczór, spróbujmy przez chwilę popatrzeć na naszą wewnętrzną i zewnętrzną sytuację tak, jakby u władzy nie był PiS (wiem, wiem, że Zjednoczona Prawica, ale w świadomości zwolenników i przeciwników jednak PiS). Spróbujmy na chwilę zapomnieć o naszych politycznych miłościach i nienawiściach, pomyśleć, że oto mamy polski rząd, który powinniśmy oceniać po tym, co i jak robi. Zrezygnujmy przez chwilę z myślenia, że wszystko źle bo PiS, albo wszystko dobrze, bo PiS. Nam taki eksperyment nie zaszkodzi, Polsce może pomóc.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje