Czy jeszcze chcemy/umiemy ze sobą rozmawiać?

Odpowiedź na tak postawione pytanie narzuca się sama. Nie, nie chcemy, nie umiemy już ze sobą, ponad podziałami, rozmawiać. Nie rozumiemy się i nie cierpimy tak bardzo, że gotowi jesteśmy pozrywać przyjaźnie, zakończyć znajomości, byle się z tymi zakutymi PiS-owskimi/PO-wskimi łbami nie spotykać. Mamy już wystarczająco podwyższone ciśnienie i... całkowicie niewzruszone przekonanie, że to do niczego dobrego nie doprowadzi. Tu i teraz liczy się tylko to, kto, kogo, nic więcej. Oczywiście, nasz podział, nie tylko między PiS i PO, przebiega, rozgrywa się raczej na konserwatywno-liberalnym froncie, ale dla uproszczenia, w pewnym skrócie, tak to właśnie wygląda.

Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że to bardzo niedobra sytuacja, nie tylko dla naszego codziennego samopoczucia, ale przede wszystkim dla naszej zdolności diagnozowania sytuacji w kraju. A to od skutecznej diagnozy zależy, co zrobimy, komu zaufamy, kogo kolejnym razem wybierzemy. Trochę nie wypada pozostawić spraw tylko w ręku specjalistów od przekazów dnia, czy to z rządu, czy totalnej opozycji. Czyż nie? Miałem w ciągu ostatnich kilkunastu dni kilka okazji do rozmów z osobami z - nazwijmy to - innego kręgu politycznej i społecznej wrażliwości. Nie wdając się w szczegóły, szczególnie jedną z tych rozmów, długą i obejmująca tematy od aborcji po Holocaust i od #MeToo, po dekomunizację i... niepełnosprawnych, uważam za bardzo cenną. Pozostaliśmy przy swoich opiniach, ale mam wrażenie, że próbowaliśmy sobie przynajmniej uzmysłowić, że różnica zdań może i powinna być przede wszystkim początkiem, a nie końcem dyskusji. W naszym żałośnie przewidywalnym świecie krótkich, przesyconych emocjami, komunikatów, takich rozmów bardzo mi brakuje...

Reklama

To, co mnie nieco pociesza to fakt, że ów ostry liberalno-konserwatywny spór, ani co do swej istoty, ani intensywności nie jest czymś dla Polski wyjątkowym. Choć oczywiście mamy swoje lokalne, przede wszystkim postkomunistyczne, uwarunkowania to jednak wpisujemy się w ogólniejszą prawdę o kondycji człowieka. Szczególnie człowieka, którego partia przegrała wybory w sytuacji, w której nie powinna była przegrać, a on sam... zupełnie się tego nie spodziewał. O tym, że wyniki wyborów potrafią wpłynąć na to, jak traktujemy innych przekonują na łamach czasopisma "PLOS ONE" naukowcy z Bocconi University w Mediolanie. By było ciekawiej, swoje wnioski opierają na wynikach badań prowadzonych wśród amerykańskich wyborców. Gdzie jednak, jak nie w USA, szukać sytuacji, w której w ostatnich latach wyniki wyborów okazały się prawdziwą niespodzianką?

W eksperymencie uczestniczyło w sumie 560 osób, zwolenników demokratów i republikanów, których proszono o udział w grze, w której mogli dla znajomych i nieznajomych, podzielających i niepodzielających ich poglądów politycznych, przeznaczyć pewne kwoty pieniędzy. Pierwszy etap eksperymentu prowadzono w początkach maja 2016 roku, kiedy po serii demokratycznych prawyborów Hillary Clinton wydawała się niemal pewnym kandydatem do prezydentury. Drugi etap badań przeprowadzono w listopadzie, tydzień po tym, jak zaskakującym zwycięzcą prezydenckiego wyścigu okazał się Donald Trump.

Autorzy spodziewali się, że ponieważ partyjne sympatie są istotnym elementem naszej społecznej tożsamości, szczególnie przy okazji wyborów, wynik głosowania powinien mieć znaczący (i negatywny) wpływ na zachowania zwolenników demokratów, natomiast istotny, pozytywny wpływ na republikanów. Okazało się, że tak faktycznie jest, a silną reakcję zaobserwowano przede wszystkim u demokratów, którzy wyniki wyborów odebrali jako zagrożenie i naruszenie poczucia własnej wartości, stali się bardziej zamknięci w swoim środowisku, bardziej niechętni inaczej myślącym.

Na czym dokładnie eksperyment polegał? Każdego z uczestników pytano o polityczne sympatie, po czym proszono, by podzielili się skromną sumą pieniędzy z grupą trzech osób. W grupie miały być albo trzy osoby o bliskich im poglądach, albo jedna lub dwie. W teście prowadzonym w maju okazało się, że demokraci są bardziej otwarci, przekazywali trzyosobowej grupie mniej więcej 50 centów z dolara, niezależnie od jej politycznego składu. Republikanie okazali się bardziej hojni, ale dla swoich, grupom z udziałem jednej lub dwóch osób o sympatiach demokratycznych przekazywali średnio 38 centów z dolara, grupy w pełni republikańskie dostawały od nich przeciętnie 58 centów z dolara.

Po wyborach autorzy pracy pytali uczestników nie tylko o poglądy polityczne, zadawali im jeszcze szereg pytań dotyczących ich emocji po poznaniu wyników głosowania, poczucia własnej wartości i poziomu identyfikacji z bliską sobie partią. Ponieważ wybory rozstrzygnęły się tak, jak się rozstrzygnęły, u demokratów zaobserwowano znacznie wyższy, niż u republikanów poziom nienawiści, wrogości, złości, lęku, podejrzliwości, a nawet... paranoi i niższy poziom poczucia własnej wartości. Co do skłonności do dzielenia się pieniędzmi, sytuacja także się zmieniła, demokraci po wyborach zachowywali się bardziej jak republikanie przed wyborami, przekazując samym swoim średnio 56 centów z dolara, a grupom z dwoma republikanami 38 centów. Wynik wyborów miał z kolei pozytywny wpływ na republikanów, którzy przekazywali swoim przeciętnie 47 centów z dolara, a grupom z dwoma demokratami nawet 41 centów. Ich zamknięcie na osoby z innymi poglądami znacząco złagodniało. Jak podkreślają autorzy pracy, kolejne testy pokazały potem, że Ameryka pozostaje podzielona, a zauważone efekty wyborów wcale się nie zmniejszają. I tu pewnie leży pies pogrzebany. Także u nas.

Jaki z tego wniosek? Niezależnie od, zapewne całkiem licznej, grupy osób związanych z minionym układem rządowym z powodu swych postkomunistycznych korzeni lub splecionych z systemem III RP interesów, istnieje liczna grupa wyborców po 2015 roku wciąż odczuwających po prostu traumę porażki. Porażki tym bardziej bolesnej, że doznanej z rąk obrzydzanego do nieprzytomności PiS-u i jego "barbarzyńskich" wyborców. Pomijając grono naprawdę znajdujących się po ciemnej stronie kultury politycznej i osobistej oszołomów, uważam, że jest tam jednak bardzo liczne grono ludzi, z którymi warto, należy, trzeba starać się rozmawiać. Podobnie jak i po PiS-owskiej stronie. Nie wszyscy z tej i tamtej strony barykady mają przekrwione oczy i wyszczerzone zęby, nie wszyscy są w pełni odporni na argumentację. A argumenty jednych, mimo wszystko mogą być i będą dla sposobu patrzenia na Polskę tych drugich, istotne. Nie warto rezygnować z okazji, by się z poglądami, przekonaniami i argumentami drugiej strony zmierzyć. Jeśli nawet układ polityczny, i w dużym stopniu także medialny, sprzyja pogłębianiu się podziałów, nie powinniśmy przed nim ustępować. Na chwilę zamknięcie się w swoim kręgu może i koi skołatane nerwy, ale na dłuższą metę, w interesie nas wszystkich (no prawie wszystkich), nie wolno nam tego robić...

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje