Dzieci nie cieszą, nie cieszą, gdy są...

Czy dzieci sprawiają, że czujemy się szczęśliwsi? Cóż za pytanie? Przecież to oczywiste. Otóż… niekoniecznie. Wygląda na to, że o ile brak własnych dzieci często bywa przyczyną nieszczęścia, sam fakt, że je mamy na dłuższą metę naszego szczęścia nie zmienia. Przekonują o tym wyniki badań naukowych, przeprowadzonych w Niemczech i Wielkiej Brytanii. A ja mam wrażenie, że pokazują one nie tylko stan emocji pojedynczych rodzin, ale i całego nowoczesnego społeczeństwa. Po naszym widać to całkiem wyraźnie.

Dwoje badaczy, demograf Mikko Myrskylä i socjolog Rachel Margolis, opublikowało w najnowszym numerze czasopisma "Demography" wyniki badań poczucia szczęścia, odczuwanego przez rodziców przy okazji przyjścia na świat pierwszego, drugiego i kolejnych dzieci. Cóż się okazało? Rodzice owszem czują się bardziej szczęśliwi mniej więcej przez rok przed narodzinami pierwszego potomka i jeszcze przez jakiś czas po. Potem ich poziom szczęścia wraca do wcześniejszej "normy". Podobny efekt, choć oceniany jako o połowę mniejszy pary obserwują przed i po narodzinach drugiego dziecka. Trzecie dziecko i kolejne żadnych zauważalnych zmian w postrzeganiu szczęścia już nie przynoszą.

Reklama

Czym badacze tłumaczą ten wyprzedzający efekt szczęścia odczuwanego jeszcze zanim dziecko się pojawi? Ich zdaniem to korzystny dla związku wpływ zacieśniania więzi i snucia wspólnych planów związanych z rodzicielstwem. Jak przy tym podkreślają, brak "skoku szczęścia" w przypadku trzeciego i kolejnych dzieci absolutnie nie oznacza, że są mniej kochane. To raczej efekt pewnej pozytywnej rutyny i oswojenia z sytuacją, która nie przewraca życia rodziców do góry nogami. Dzieci są i dobrze, a do tego, by je kochać, żadnego poczucia szczęścia nie potrzeba.

Co nie jest niespodzianką, kobiety reagują silniej, niż mężczyźni, zarówno wzrost poziomu szczęścia, jak i jego spadek są u nich znacznie silniej widoczne. Z perspektywy lat jednak wszystko się potem i tak wyrównuje. Ważne są też wiek i wykształcenie rodziców, najsilniejszy skok poziomu szczęścia, który równocześnie najdłużej się utrzymuje zaobserwowano u osób o wyższym wykształceniu, które stają się rodzicami w wieku 34-49 lat. To prawdopodobnie jeden z czynników, który sprawia, że w krajach rozwiniętych rodzicielstwo tak często odkłada się na później.

Z wynikami tej pracy można się zgadzać lub nie. Nie sposób jednak nie zauważyć, że rodzicielstwo nie zostało zamierzone jako źródło samego "zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności", jest pewnym wyzwaniem, na które ludzie decydują się z rozsądku, które czasem spada na nich wskutek "wpadki". To dlatego pragnienie posiadania potomstwa jest niezależne od związanych w tym niewygód, a seks był i pozostaje jednym z podstawowych instynktów, które nami kierują. Nieprzespane noce to element całego pakietu, w którym kobieta dostaje i ból i szczęście. Kiedyś przyjmowała to z dobrodziejstwem inwentarza, dziś już niekoniecznie. Dlatego coraz więcej zależy od mężczyzny i dlatego nasza, panowie niedojrzałość , przynosi coraz bardziej opłakane skutki.

Problem zaczyna się wtedy, gdy środowisko zewnętrzne zacznie wpływać na to, co pary zamierzają w sprawie swojego rodzicielstwa zrobić. Jeśli świat przekona je, że kariera jest ważniejsza i warto dzieci "odkładać na później", środki antykoncepcyjne - plus tu i ówdzie możliwość aborcji na życzenie - wyeliminują "wpadki", poziom dzietności zaczyna gwałtownie spadać. To właśnie efekt, który obserwujemy w Polsce. Nie wiem, na ile państwo może pomóc w podejmowaniu świadomej decyzji o rodzicielstwie, ale wiem, że nie powinno przeszkadzać. Nasze przeszkadza.

Można nie zgadzać się z nauką Kościoła katolickiego w sprawie płodności, ale wypada przynajmniej rozumieć, że związane z nią nakazy i zakazy zmierzają w gruncie rzeczy do tego, by więź dwojga ludzi zacieśnić i sprawić, że będą na świat przychodzić dzieci. Jeśli się z tymi nakazami i zakazami walczy, dzieci przestają się rodzić. To sprawia, że nie ma kto pracować, zarabiać na emerytów i opiekować się nimi, a przede wszystkim, nie ma kto napędzać rozwoju ekonomicznego kraju. A bez rozwoju współczesny świat nie potrafi istnieć. I wtedy dopiero pojawiają się pomysły, by posiłkować się imigrantami z krajów, które uroków "niemnożenia się" jeszcze nie odkryły.

Jest coś zadziwiającego w tym lewackim pragnieniu wyludnienia Ziemi, w tym przekonaniu, że jeśli będzie nas mniej, to ogólnie będzie lepiej. Jest w tym silny element walki z każdą tradycją i religią, ale jest też coś z utopii, którą na dobrą sprawę trudno racjonalnie wytłumaczyć. Tym bardziej to dziwne, że na naszych oczach wiele tych dogmatów nowego, multikulturalnego świata się chwieje. Coraz wyraźniej choćby widać, że imigracja łagodzi jedne, ale przynosi inne problemy. Mimo to, postępowcy z raz obranej drogi zejść nie chcą i mimo coraz wyraźniejszych oznak katastrofy demograficznej zamierzają maszerować do końca.

Nie rozumiem, jaki miałby być ów idealny świat, który sobie wymyślili. Mam wrażenie, że parę słynnych książek pokazało już, czym to może się skończyć. My widzimy to na bieżąco, kiedy nawet ci wyśmiewający kiedyś becikowe teraz muszą przyznać, że źle się dzieje. Oczywiście mówią o tym, nie przyznając się do winy, bo jakoś tak to już w lewicowym myśleniu jest, że co złego to nigdy nie my. Dlatego też żadnego "ojca" katastrofy demograficznej w Polsce nie ma i nie będzie. Możemy się natomiast spodziewać obfitego bicia piany i mówienia o tym, jak to trzeba rodziny wspierać, przy równoczesnym kopaniu ich przy każdej możliwej okazji. W imię oczywiście "wyższych celów".

Owe wyższe cele związane z motywowanym ekologicznie wyludnianiem zachodniego świata zakwestionowali właśnie australijscy naukowcy. Badacze z University of Adelaide przyznali, że wzrost zaludnienia jest praktycznie nie do zatrzymania i dlatego trzeba myśleć o postępach technologii, jako narzędziach, które w obliczu tego wzrostu pomogą nam się na Ziemi utrzymać. Nie to, by profesorowie Corey Bradshaw i Barry Brook nie chcieli znaleźć jakiegoś wyjścia z sytuacji. Żaden z przygotowanych przez nich dziewięciu modeli, przewidujących nawet masowe ograniczenie płodności, III wojnę światową, czy masowe klęski żywiołowe, nie dał jednak perspektywy, że liczba ludności na Ziemi przestanie gwałtownie rosnąć. Czepiają się jeszcze nadziei, że masowa edukacja seksualna i wspieranie "planowania rodziny" ograniczą liczbę "gęb do wyżywienia" o kilkaset milionów, ale przyznają, że to rozwiązanie, które może przynieść skutki dopiero dla naszych pra-pra-pra-pra-prawnuków. Dla nas nie.

Nie jestem przekonany, czy siły postępu są gotowe, by się z tymi wnioskami Australijczyków zmierzyć. Wiem jedno, jeśli zależy nam na powodzeniu własnym, naszych dzieci, wnuków i owszem naszej Ojczyzny, musimy szybko uzbroić się w zdrowy rozsądek. By stanu "może nie do końca wyjątkowego szczęścia" z dziećmi nie zamienić w prawdziwe nieszczęście bez nich.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje