Lekarzu, ulecz się sam. Choć trochę...

Lekarze-rezydenci wpadli w pułapkę, można się tylko spierać, czy zastawili ją na siebie sami, czy ktoś ich wystawił. Najbardziej prawdopodobna wydaje mi się hipoteza, że idea samego protestu była szczera, ale została przez środowiska zbliżone do totalnej opozycji, w tym medyczne, przechwycona i nakręcona. Na szkodę samych młodych lekarzy. Plan rozpalenia ogólnokrajowego protestu w sprawie służby zdrowia nie jest teraz niczym innym, jak kolejną próbą wywrócenia tego rządu za wszelką cenę. Mam wrażenie, że próbą skazaną na porażkę. Nie sądzę bowiem, by suweren dał się na to nabrać. Nie znaczy to jednak, że o reformie nie trzeba rozmawiać. I to szybko.

Jeśli mógłbym coś młodym lekarzom radzić, to sugerowałbym zakończenie (z honorem) strajku głodowego, przystąpienie do rozmów Zespołu powołanego przez Ministerstwo Zdrowia i twarde trzymanie się wszystkich obietnic, które ze strony tego rządu już padły. Może nie są one tak szybkie i tak daleko idące, jak młodzi lekarze by chcieli, ale zmierzają w dobrym kierunku. I mówiąc o dobrym kierunku mam na myśli interes nie tylko lekarzy, ale przede wszystkim nas, pacjentów. Rezydenci mają przy tym do czynienia z rządem niewahającym się występować przeciwko interesom różnych potężnych grup interesów, jest nadzieja, że i w sprawie służby zdrowia będzie więc starał się walczyć z układem zamiast go betonować. A bez walki z takimi, czy innymi układami, służby zdrowia zreformować się po prostu nie da. W tym sensie właśnie uważam, że lekarze muszą, choć trochę, uleczyć się sami. A starsi, doświadczeni i "ustawieni" koledzy muszą pomóc młodszym. 

Reklama

Suweren tymczasem swoje wie, jest przekonany, że skoro wszyscy lekarze chcą, by ich dzieci "szły na medycynę", to nie może być im aż tak źle, godzi się na to, że płatne prywatne wizyty otwierają czasem drogę do pomocy szpitalnej, od czasów PRL jest przekonany, że trzeba mieć końskie zdrowie by się leczyć, zniesie więc jeszcze wiele. Nie sądzę, by w tym konflikcie opowiedział się za rezydentami, przeciwko PiS. Różne rzeczy można zresztą o tym rządzie powiedzieć, ale nie to, że nie stara się, by w państwowej kasie było więcej pieniędzy, nie zauważa potrzeb zwykłych ludzi, nie stara się wprowadzać w kraju daleko idących zmian. Wręcz przeciwnie, to rząd, który przekonał suwerena, że jego celem jest gruntowna przebudowa państwa. Pomijając retorykę pro- czy antyrządową, to wszystko są elementy sprzyjające reformie służby zdrowia. Mówiąc wprost, namawiałbym młodych lekarzy, by rozmawiali właśnie z tym rządem, bo jeśli wróciłaby ekipa Ewy Kopacz i Bartosza Arłukowicza to... sami wiecie.  

Trzeba oczywiście mieć z kim rozmawiać, z drugiej strony apeluję więc do rządu, by zechciał wykorzystać okazję. Ekipa premier Beaty Szydło miała swoje słuszne reformatorskie priorytety, uszczelnienie finansów, zwiększenie pomocy społecznej, edukację, wojsko, nieco więcej czasu zostawiono sobie choćby na sądownictwo (za dużo), czy naukę i szkolnictwo wyższe (tu słusznie). Służba zdrowia nie znalazła się w pierwszym szeregu, owszem ruszyła sieć szpitali, ale radykalnego planu nie widać. Ja wiem, że zmiany wprowadzane są i w refundacji leków i finansowaniu określonych procedur, ale wielkiej reformy - z zapowiadaną likwidacją NFZ, czy bez - wciąż nie ma. Rozumiem, że wszystkiego naraz reformować się nie da, ale najwyższy czas coś zmienić. Protest rezydentów może być doskonałym pretekstem. Skoro młodzi lekarze domagają się zmian systemowych, skoro wszystkie inne zawody medyczne ich popierają, skoro stoi za nimi nawet Naczelna Rada Lekarska, to szanowni państwo - także profesorowie i ordynatorzy - jazda z tym koksem.  

Opieka zdrowotna nigdzie nie jest tematem lekkim, łatwym i przyjemnym. Wystarczy popatrzeć za Ocean, gdzie szarpanina w sprawie Obamacare weszła właśnie w nowy etap. Od lat powtarza się też proste prawdy, że dobrej służby zdrowia tanio zbudować się nie da, ale bez dobrej organizacji i większe pieniądze nie pomogą. Czas na zmiany i reformę jest TERAZ. Ja wiem, że opozycja totalna oprotestuje wszystko, ale w tej sprawie nie ma się co na nią oglądać, teraz zresztą domaga się zmian, których sama przez lata nie robiła. Jeśli przez dziesięciolecia kształcono lekarzy za mało, to teraz - w obliczu wyraźnego kryzysu - trzeba tę sytuację zmienić. Chętni się znajdą, muszą się znaleźć pieniądze. Jeśli trzeba walczyć z biurokracją z jednej strony, z drugiej wprowadzić choćby minimalne, parozłotowe współpłacenie za wizyty lekarskie, to trzeba to zrobić. Teraz. Kiedy także osoby opłacające prywatne abonamenty medyczne przekonują się już, że na wizytę u specjalisty na drugi dzień, nie ma co liczyć.  

Mam wrażenie, że obie strony, młodzi lekarze, którzy deklarują, że zależy im na godnych warunkach pracy i dobru pacjentów, a także rząd, który deklaruje, że zależy mu na tym samym, mogą w tej sprawie dużo wygrać. A wraz z nimi my wszyscy. W przypadku rządu w grę wchodzi nawet... jeszcze wyższe poparcie społeczne. Wystarczy, by jedni zrezygnowali z planów obalenia rządu, a drudzy z planów odłożenia reformy do drugiej kadencji. I ci drudzy znaleźli jeszcze trochę pieniędzy. Jeśli nie teraz to kiedy? Prawie wszystkim nam się to opłaci...

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje