​LIBERALNEJ DEMOKRACJI CZAR, LIBERALNEJ DEMOKRACJI CZAD

Kolejna debata w Parlamencie Europejskim nie przyniosła, poza kilkoma celnymi uwagami prof. Ryszarda Legutki żadnych szczególnie istotnych i godnych kart historii stwierdzeń. Ot kolejne bicie piany, kolejny odcinek polsko-polskiej wojenki, w której europejski establishment nie wykorzystał szansy, by siedzieć cicho. Jednak jedną z myśli eurodeputowanego PiS eurobiurokraci powinni sobie utrwalić, bowiem może stać się wkrótce samospełniającą przepowiednią. To słowa o tym, że takimi właśnie działaniami Unia może sprawić, że jej popularność w Polsce, kraju prawdziwych euroentuzjastów, istotnie spadnie.

Profesor Legutko Ameryki oczywiście nie odkrył, powiedział tylko wprost co, co doskonale tu nad Wisłą wiemy. Unia Europejska czyni wiele, by nas do siebie zniechęcić. Czemu tego nie widzi, albo czemu widząc to, nie przestaje tak robić, pozostaje tajemnicą Brukseli. Ja osobiście uważam, że to nie tylko interesy, ale i ideologia. Tak zwana liberalna demokracja w wymarzonej przez lewactwo formie, nie jest zdolna do żadnej autorefleksji i nie może - nawet pod naciskiem faktów - wyrzec się myśli o rewolucji. Taka po prostu jest. Skłonność do odwracania kota ogonem nie jest oczywiście tylko lewicowym problemem, prawica posiadła ją w porównywalnie irytującym stopniu jednak to po lewej stronie marzenie o budowie w ten sposób "nowego wspaniałego świata" pozostaje wciąż celem najważniejszym. I z drogi do tego celu lewicy nie może sprowadzić nic, ani zbrodnie komunizmu, ani klęska socjalizmu, ani współczesne, gołym okiem widoczne błędy.

Reklama

Lewica do żadnych błędów się nie przyzna, nigdy z konserwatyzmem na kompromis nie pójdzie. To nic, że jedna jej idea przeczy drugiej, że obrońcy zwierząt chcą zabijać dzieci, że rzecznicy praw kobiet promują w praktyce prawo szariatu, że zwolennicy wolności wypowiedzi polityczną poprawnością kneblują przeciwnikom usta, a obrońcy praw mniejszości, są w stanie deptać prawa, poczucie przyzwoitości i zdrowego rozsądku większości. Wszystko jedno. Liczy się cel i następująca po jego osiągnięciu świetlana przyszłość. Dla swoich. Lewica ma swoje priorytety, z aborcją i walką z Kościołem katolickim na czele, całą rzeczywistość ocenia tylko i wyłącznie przez pryzmat zbieżności lub odstępstwa od tych dogmatów. W tych sprawach i w różnych ich pochodnych miejsca na żadną różnorodność, wolną wymianę opinii nie ma i być nie może.

Hasło liberalna demokracja nie musiało nas drażnić, jak drażniła kiedyś demokracja socjalistyczna, przez wiele lat, to co przychodziło z zachodu Europy i ze Stanów Zjednoczonych przyjmowaliśmy przecież jako wcielenie marzeń o raju na ziemi. Kiedy Valery Giscard d’Estaing pomijał w tekście tworzonej Konstytucji dla Europy jakiekolwiek odniesienia do tradycji chrześcijańskiej owszem dziwiliśmy się, ale nie przywiązywaliśmy do tego istotnej wagi. Minęła dekada i oto okazało się, że były prezydent Francji i jego koledzy czynili to świadomie a my chyba nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, ku czemu chcą nas prowadzić. Nie mówię oczywiście o profesorze Legutce, który o tym, że "nie lubi tolerancji" pisał już na początku lat 90-tych, nie mówię też o wielu innych mądrych osobach, mówię o nas przeciętnych, dotkniętych euroentuzjazmem. Euroentuzjazmem, który wciąż w nas pozostał tyle, że w stanie coraz bardziej... rozczarowanym.

Czytałem właśnie na portalu czasopisma "New Scientist" felieton holenderskiego socjologa, Matthijsa Rooduijna, który rozpacza na myśl o rozlewającej się po Europie i Stanach Zjednoczonych fali populizmu. Autor przyznaje, że współcześni populiści nie są od razu faszystami, że starają się oprzeć swoją władzę na woli swoich społeczeństw, ale ubolewa nad tym, że podważają przy okazji wiele liberalnych dogmatów i instytucji a tym samym podkopują fundamenty liberalnej demokracji. Tak, owszem i Polska i Węgry są tam wymienione, Rooduijn pisze też o tradycyjnych partiach zachodnich demokracji, które doznają populistycznego ukąszenia pod wpływem nacisku ze strony takich polityków, jak Marine Le Pen, czy Geert Wilders. Socjolog dochodzi w końcu do wniosku, że w obliczu takiego rozwoju sytuacji naukowcy powinni zerwać z obiektywnym opisywaniem rzeczywistości i rzucić się liberalnej demokracji na ratunek. Ratunek przed populizmem.

Nie jestem przekonany, że zerwanie z liberalną demokracją, w Polsce, albo gdziekolwiek indziej, byłoby w naszym interesie, że mogłoby przyczynić się do wzrostu naszego bezpieczeństwa, wzrostu szans na rozwój. Jeśli o czymś jestem przekonany, to o tym, że  obecna, nieco już wynaturzona postać owej liberalnej demokracji w Europie i USA ani bezpieczeństwa, ani szans na rozwój nam nie zapewnia. A bezrozumna jej obrona, do niczego dobrego nie doprowadzi. Trzeba poważnie się zastanowić, jak w jej obrębie się porozumieć, jak ją zreformować i jakim sposobem maksymalnie zwiększyć szanse na to, że będzie służyć nam wszystkim. Nie wiem, czy są jeszcze szanse, by to zrobić, jestem przekonany, że warto spróbować.

Temu dziełu środowa debata o Polsce oczywiście nie służyła, co tylko dowodzi, że na razie dojrzałości politycznej po tamtej stronie sporu nie ma i nie ma też sygnałów by szybko mogło się tu coś zmienić. To niedobrze, bo Europa ma przed sobą poważne problemy, do których powstania sama zdołała się mniej lub bardziej przyczynić. A rozwiazywanie tych problemów w dotychczasowy sposób, albo nie rozwiązywanie ich wcale, raczej nie wchodzi w grę. Do destabilizacji Ukrainy, setek tysięcy ofiar wojny w Syrii i milionów uchodźców przyczyniła się w końcu prowadzona przez lata, w Brukseli i w Waszyngtonie, krótkowzroczna polityka. Miedzy innymi, realizowana w interesie części europejskich i amerykańskich elit, polityka przymykania oczu na agresywne działania Rosji. Liberalna demokracja, którą wciąż w Europie mamy, musi sobie z tym jakoś poradzić i... uratować się sama. Obecna Polska może w tym pomóc.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje