Myśli przy wywieszaniu biało-czerwonej

Obchodzony dziś Dzień Flagi RP i równoczesny Dzień Polonii i Polaków za Granicą praktycznie inaugurują serię świąt państwowych, których kulminacją będzie 11 listopada, Narodowe Święto Niepodległości w 100-lecie Niepodległości Polski. Nie odkryję chyba Ameryki, jeśli stwierdzę, że ten 2018 rok, który miał być radosnym świętem naszej odrodzonej państwowości, nieco nam się w pierwszych miesiącach skomplikował. Nie sądzę, by miało nam to odebrać całą radość, mam natomiast wrażenie, że powinno dodać nam dużo refleksji. I uświadomić - jeśli ktoś sobie tego jeszcze nie uświadamia - jak ta Niepodległość jest ważna, cenna i owszem, często trudna.

Międzynarodowa, dobrze zorganizowana, konsekwentna i w istocie swej odbijana jakby od kalki kampania zniesławiania Polski i Narodu Polskiego, którą obserwujemy od czasu nowelizacji ustawy o IPN, jest prawdopodobnie najbardziej jaskrawym przejawem niechęci, wręcz nienawiści wobec nas, z jaką mieliśmy w ostatnich latach do czynienia. Niezależnie jednak od oceny sensowności, skuteczności, czy konstytucyjności owej nowelizacji, nikt przytomny nie może uważać, że to właśnie to prawo wzbudziło jakieś, wcześniej nieistniejące demony. Antypolonizm istniał od dawna, istnieje nadal i niestety ma się dobrze. To, co się obecnie dzieje, może nam to tylko bardzo wyraźnie uświadomić. Podobnie, jak inna kampania, która niemal od początku rządów Prawa i Sprawiedliwości ma pokazać światu kwitnący w Polsce populizm, rasizm i owszem, w coraz większym stopniu, faszyzm.

Reklama

Obie kampanie, ta zwrócona na historię i ta dotycząca współczesności, prowadzone w licznych "opiniotwórczych", światowych mediach są nie tylko nieprawdziwe, ale często skrajnie niesprawiedliwe i pełne negatywnych stereotypów. Ich autorzy podążają przetartymi ścieżkami antypolskiej narracji, powołują się na wciąż jedne i te same autorytety, a w samej Polsce słuchają opinii tylko jednego środowiska. Chciałbym wierzyć, że decyduje o tym po prostu nierzetelność i lenistwo intelektualne kolegów dziennikarzy, ale jak to się czasem mówi, przypuszczam, że wątpię. Myślę, że jeśli nawet te teksty nie są pisane wprost na zamówienie, to są wyrazem żywionych wobec nas silnych uprzedzeń. Te teksty pasują do wydrukowanych tam wyobrażeń, piszą tam o nas to, co chcą o nas myśleć. Ta świadomość nie jest może i dla nas przyjemna, ale wydaje mi się, że jeśli już tak jest, lepiej o tym wiedzieć. I rozstać się z mitem, że polityka historyczna nie jest nam do niczego potrzebna.

No dobrze, ale przecież jeszcze trzy lata temu pisali o nas co innego, byliśmy prymusem. Zanim zaczęliśmy wstawać z kolan. No cóż, wygląda na to, że oni tego wcale o NAS nie pisali, pisali to o garstce fajnopolaków, "elit", które miały europejską twarz, europejskie aspiracje i gotowe do poklepywania plecy. Elity te jednak, jak dobitnie pokazały minione dwa lata, innych Polaków nie lubią, nie szanują, generalnie nie chcą mieć z nimi (a więc z nami) nic wspólnego. I za to były cenione. Owszem, wezmą z podatków kasę, ale na żadną rozmowę ze zwykłymi Polakami ochoty nie mają, tych co zechcą na nich patrzeć mogą co najwyżej pouczyć i uświadomić. Odkąd fajnopolacy, czy też post-Polacy, jak ich się czasem nazywa, stracili nad Wisłą władzę i rząd dusz, ten kraj się stał się dla nich natychmiast trudny do zniesienia. I taki właśnie, negatywny obraz w końcu także ich Ojczyzny chętnie za granicę przekazują. Uwielbiają przy tym bić się w cudze piersi. Cóż zresztą mają robić, jeśli całą dobrą opinię o sobie zbudowali do tej pory właśnie na sprawianiu wrażenia, że są od innych, "tamtych" Polaków lepsi.

Europa, w której przez dziesięciolecia widzieliśmy ostoję demokracji i zdrowego rozsądku, nie okazała się dokładnie tym, za co chcieliśmy ją uważać. Co więcej, na naszych oczach zmienia się w biurokratyczną strukturę, która coraz częściej chce nas zmusić do robienia czegoś, czego nie chcemy robić i wyznawania czegoś, czego nie chcemy wyznawać. Równocześnie zdaje się coraz bardziej ograniczać nam możliwości myślenia po swojemu i mówienia co myślimy. Mimo to, właśnie w tej Europie jest nasze miejsce i musimy dążyć do tego, by mieć w niej jak najwięcej do powiedzenia.

Nasza zdolność do wywierania wpływu na Brukselę, uwrażliwiania jej na opinie i idee nam bliskie zależy z jednej strony od naszej siły gospodarczej, może z czasem także wojskowej, czyli naszej roli w systemie ekonomicznym i obronnym wspólnoty, ale też owej miękkiej siły perswazji, którą zdobywa się między innymi w oparciu o umiejętną dyplomację i dobre imię. Trwają próby, by nam to dobre imię ostatecznie odebrać. Powinniśmy w kraju i za granicą, w Polsce i w środowiskach polonijnych, zrywając z logiką doraźnej wojny politycznej, podjąć wszelkie możliwe działania, by się temu mądrze przeciwstawić. Mądrze, podkreślam. Ja wiem, że seria kampanii wyborczych temu nie sprzyja, ale sprawa jest naprawdę pilna. I w tej sprawie każdy kto nie przeciwko nam, ten powinien być z nami.

Nie jestem do końca przekonany, że ostatnie miesiące antypolskiej propagandy radykalnie pogorszyły jeszcze naszą sytuację, myślę, że pokazują raczej realny obraz tego, w jak niewesołe położenie wepchnęły nas lata wojny, potem PRL-u, a potem rządów ludzi, dla których dobre imię Polski oznaczało chyba co innego niż powinno. Mam nadzieję, że fala międzynarodowego hejtu pod naszym adresem, czasem aż nadto wyraźnie absurdalnego, zwiększy zainteresowanie naszymi sprawami, naszą historią, naszą współczesnością. Mam nadzieję, że ludzie myślący z różnych krajów będą szukać informacji o tym, co sprawia, że przedstawiciele najbardziej "światłych" liberalnych kręgów tak serdecznie nas nie cierpią.

Jest pewna szansa, że jeśli Polska będzie miała do pokazania swój prawdziwy obraz, będzie gotowa opowiedzieć światu o tym, co przeżyła, znajdą się chętni, by tego posłuchać. Jesteśmy w trudnym położeniu, ale tym bardziej nie możemy sobie pozwolić na bierność. Świętujmy, ale na miłość boską bierzmy się do roboty... Nasza Niepodległość tego potrzebuje, nasza Niepodległość od tego zależy...

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy