Naciski, naciski... a przecieki?

Najnowsze rewelacje na temat kulis polsko-amerykańskich konsultacji w sprawie polsko-izraelskich stosunków są zasmucające z kilku względów. I tylko jednym z owych względów są - będące istotą tej sprawy - mniej lub bardziej stanowcze naciski Waszyngtonu pod adresem Warszawy. Poza nimi mamy jednak jeszcze co najmniej trzy aspekty sprawy, wyciek samych informacji o notatce, decyzję, by je opublikować i reakcje jakie owo opublikowanie w Polsce wywołało. Po obu stronach biało-czerwonej barykady. Te trzy aspekty martwią mnie nie mniej, a jeden może i bardziej, niż ten pierwszy.

Zacznijmy od Amerykanów. Nie sądzę, by marzeniem Waszyngtonu było wypłynięcie na światło dzienne faktu istnienia tego typu nacisków. Nikt nie ma wątpliwości, do którego z sojuszników Stanom Zjednoczonym jest w tym konkretnym przypadku bliżej, nikt też nie może mieć chyba złudzeń co do tego, że w rozmowach między sojusznikami, rozmaite argumenty mogą być stosowane, jednak rozwój tej sytuacji obserwują także liczni inni sojusznicy USA. I z pewnością daje im to do myślenia. Tym właśnie tłumaczę sobie decyzję Departamentu Stanu, by sprawę możliwie szybko zamknąć i wyciszyć. Wczorajsze oświadczenie pani rzecznik Heather Nauert moim zdaniem temu właśnie miało służyć. Słowa o tym, że "Informacje o zawieszeniu współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa i dialogu na wysokim szczeblu są fałszywe" zabrzmiały dobitnie i to można uznać za przynajmniej drobny plus obecnej sytuacji. Sytuacji, która w pewnym sensie taką deklarację na Departamencie Stanu wymusiła.

Reklama

Tym, co niepokoi mnie nie mniej, jest fakt, że sama notatka, a może jej opis, czy omówienie mogła z naszej dyplomacji tak po prostu wyciec. To nie jest poważne. Rzecz dotyczy sprawy o znaczeniu strategicznym i jako taka powinna być dla osób postronnych niedostępna. Jeśli nie była, to jaką można mieć pewność, że kolejne notatki będą. I jaką pewność mogą mieć kolejni rozmówcy naszych dyplomatów, których słowa zostaną opisane w tych kolejnych notatkach? To samo zresztą dotyczy opublikowanej dziś analizy autorstwa Jana Parysa, szefa gabinetu ministra spraw zagranicznych. Ten dokument, skierowany do Jacka Czaputowicza w wewnętrznej korespondencji MSZ, zawarte w nim tezy i oceny, także nie powinny ujrzeć światła dziennego.

I tu dochodzimy do samego faktu opublikowania tych wszystkich informacji. Powiem wprost, nie znajduję w tym żadnego interesu publicznego, żadnego interesu Polski, żadnej polskiej "Watergate", którą dla dobra obywateli, należałoby ujawnić. I tyle. Wszyscy w kraju wiedzą, że sytuacja wokół nowelizacji ustawy o IPN jest delikatna, wszyscy znają opinię USA na ten temat, bo była wyraźnie i wprost artykułowana. Wszyscy zdają sobie też sprawę, że rzecz nie rozejdzie się po kościach, polski rząd musi znaleźć sposób porozumienia się i z Izraelem, i z Waszyngtonem. Doniesienia o istnieniu takich nacisków, o "fatalnych stosunkach", wręcz "ultimatum", czy "sankcjach", może tylko znalezienie rozwiązania utrudnić. To chyba oczywiste.

Nie chciałbym oczywiście myśleć, że właśnie o to chodzi. Nie będę się w ogóle silił na interpretacje faktycznych motywów, które autorami publikacji kierowały. W zależności od przekonań można się ich doszukiwać wszędzie, od owszem dobrze rozumianego interesu państwa i dziennikarskich obowiązków, przez chęć sprzedania gorącego "newsa", pragnienie popsucia reputacji nielubianemu rządowi, z ujawnieniem owej nieszczelności dyplomacji włącznie, po chęć wywarcia nacisku na rząd przez rozhuśtanie społecznych nastrojów. Nie określam, który z wymienionych motywów jest w tym przypadku mniej lub bardziej prawdopodobny, po opublikowaniu kontrowersyjnego materiału każdy ma już potem prawo do swobodnej interpretacji. I nikt poza samymi zainteresowanymi i redakcją nie ma zwykle całkowitej pewności. Analiza wcześniejszych publikacji może oczywiście pomóc w domysłach, ale nie musi.

No i na koniec pozostaje jeszcze spojrzeć na to, jakie cała ta sprawa wywołała w Polsce komentarze. Mamy oto reakcje od nieskrywanej, entuzjastycznej satysfakcji, że Polska może mieć kłopoty, po wypieranie nawet opcji, że "coś jest na rzeczy" i kwitowanie wszystkiego hasłem "fake newsa". Ten, niemal całkowity, brak zdolności znalezienia wspólnej płaszczyzny interesów kraju, martwi mnie najbardziej. Jeśli ktoś będzie chciał nas jeszcze zaatakować "fake newsami", może sobie dość precyzyjnie wyobrazić, jak zareagujemy. Staliśmy się w swej większości, politycy, my dziennikarze, komentatorzy, nawet internetowe trolle, żałośnie w swej wzajemnej niechęci przewidywalni. To złe dla Polski. Wiemy o tym, prawda?

PS. By uniknąć posądzenia o plagiat dodam tylko, że tytuł był w oczywisty sposób inspirowany sejmową aktywnością Tadeusza Cymańskiego. Za ową inspirację serdecznie Panu Posłowi dziękuję :)

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje