Nie czas szarpać się za ręce

Może się mylę, może nie wyczuwam właściwie społecznych nastrojów, mam jednak wrażenie, że widoczne w Narodzie pragnienie zmian dotyczy w dużej mierze także sposobu, w jaki się między sobą w życiu publicznym komunikujemy. Małostkowe czepialstwo towarzyszące mniej więcej od 10 lat naszej politycznej i społecznej rzeczywistości coraz mniej się sprawdza, mam nadzieję, że rychło z dominującej pozycji zostanie sprowadzone na margines.

Afera "ktokomuniepodałrękiapowinien" to kolejny żenujący spektakl, który za sprawą mediów uczulonych na nowego prezydenta musimy chcąc, nie chcąc obserwować. Mam nadzieje, że kiedy okaże się już ostatecznie, że faux-pas było jednak dziełem Ewy Kopacz, media uczulone na panią premier, nie będą już sprawy rozwlekać i kontynuować. Spuszczą zasłonę miłosierdzia.

Dyskutowanie o - przepraszam za słowo - pierdołach w czasie kiedy dzieją się sprawy dla Europy i Polski naprawdę ważne jest nieodpowiedzialnością nie tylko ze strony polityków, ale i mediów. Nie powinniśmy łapać się na rozmaite "wrzuty", nie powinniśmy przyczyniać się do ich rozprzestrzeniania nawet w ogniu kampanii wyborczej.  Musimy wymagać od siebie i od tych, którzy rządzą więcej...

Reklama

Kryzys związany z uchodźcami docierającymi do Europy sam się nie rozwiąże. Nasz kraj musi wziąć udział w tworzeniu wspólnego europejskiego planu działania. Konieczne jest odpowiedzialne postępowanie rządu i prezydenta. Konieczne jest zdanie sobie sprawy z naszych interesów, dokładne ich określenie i wybranie strategii działania, która pomoże je realizować.

Ostatnie pohukiwania i groźby płynące pod naszym adresem z Berlina, czy Wiednia są najlepszym dowodem, jak niewiele daje płynięcie w głównym nurcie europejskiej polityki. Póki realizujemy cudze interesy, jesteśmy chwaleni, kiedy zaczynamy mówić o własnych, stawia się nas do pionu. Dobrze, że państwa Grupy Wyszehradzkiej spotkają się w tej sprawie. Pora zbudować w naszej części Europy pewien konsensus na temat tego, co chcemy i możemy w sprawie uchodźców zrobić. Praga i Bratysława w tym wypadku to nas potrzebują, może przy tej okazji uda się zbudować coś więcej, niż chwilową koalicję także w sprawach kluczowych dla nas.

Zachodnia Europa nie pierwszy już w historii raz chce się z nami podzielić problemem, który sama sobie wyhodowała. Dodatkowo jeszcze za wszelką cenę od lat wpuszcza nas w te same multi-kulti-majaki, które przyczyniły się do gęstnienia nad Europą chmur fundamentalizmu. Nie możemy się na to zgodzić. W Polsce, na Węgrzech, czy Słowacji mamy swoje doświadczenia, swoją wrażliwość i niezbywalne prawo do suwerennego budowania swojej przyszłości. Nasze zdanie musi być w słyszalne i w Berlinie i w Brukseli.

By jednak nasza opinia mogła być słyszana, musimy sami sobie tę opinię wypracować. To nie będzie łatwe, bo interesy na wschodzie Europy też się różnią. Powtarzam więc, musimy zdać sobie sprawę z rzeczywistości i zbudować polską strategię postępowania. W tym celu i właśnie w tej sprawie dobrze byłoby mimo kampanii wyborczej podjąć współpracę dużego i małego pałacu w Warszawie tak, by na zewnątrz można było pokazać konkretne i konsekwentne stanowisko.

Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że mnie też poruszają do głębi zdjęcia ludzi (w tym dzieci), którzy próbę przedostania się do Europy przypłacili życiem, nie jest mi obojętny ich los i jestem zdania, że Polska musi uczynić wiele, by im pomóc. Ale bardzo proszę, by pięknoduchy z sercem po lewej stronie przestały mianem ksenofobii i islamofobii określać wszelkie wezwania do rozsądku w działaniu w tej sprawie. Ich propagandowe hasła na pewno budowaniu zgodnej opinii Polaków na ten temat nie służą. Musimy działać, musimy uchodźcom pomóc, ale musimy też chronić nasze bezpieczeństwo i nasze interesy. Trzeba znaleźć wyjście, które będzie najlepsze lub choćby najmniej złe. Na tym polega odpowiedzialność w tych niełatwych czasach.

Nie wiem, czy to, że nie słyszę o okrętach marynarki wojennej, czy wycieczkowcach zamożnych do nieprzytomności krajów Zatoki Perskiej, które pływałyby po Morzu Śródziemnym i ratowały swych braci w wierze, wynika z tego, że nie dość uważnie śledzę wydarzenia, czy może z tego, że ich tam po prostu nie ma. A jeśli ich tam nie ma, to może Bruksela w imieniu nas wszystkich powinna porozmawiać z rządami tych krajów na temat ewentualnego włączenia się przez nie w próbę rozwiązania problemu. Tak tylko pytam...

Ten kryzys będzie dla Unii Europejskiej istotnym testem. Krajom, które przyzwyczaiły się, że narzucają innym swoje zdanie w swoim interesie trzeba zasugerować, że my także możemy mieć swoje pomysły i nasze pomysły mogą być lepsze od ich. Trzeba działać, przejmować inicjatywę, wiec najwyższy czas choćby w tej sprawie przestać szarpać się za ręce. Bo przecież sami wiemy, gdzie z tymi rękami możemy się obudzić.

Grzegorz Jasiński - RMF FM

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy