Nie tak gorąco z tym ociepleniem

Pisałem tydzień temu o naukowcach, którzy z własnej woli lub pod PR-owym przymusem "podkręcają" nieco komunikaty o swoich odkryciach, by zyskać więcej rozgłosu, niż by im się normalnie należało. Nie myślałem, że tydzień później będę miał okazję pisać o badaczach, którzy postąpili dokładnie odwrotnie. Tak ukryli istotę otrzymanych wyników badań, by to co najważniejsze i najbardziej sensacyjne, na pierwszy rzut oka pozostało niewidoczne. Co ciekawe, dotyczy to nie jakichś młodocianych debiutantów, niepewnych odkrycia, którego dokonali, ale starych wyjadaczy, których doniesienia od lat nie schodzą z czołówek gazet. Tyle że owi wyjadacze muszą się tu przyznać do błędu. I to błędu w ważnej sprawie, dotyczącej ocieplenia klimatu.

Po kolei. Potrzeba tu nieco cierpliwości. "Nowa nadzieja na ograniczenie globalnego ocieplenia do 1,5 stopnia Celsjusza" - głosi tytuł komunikatu opublikowanego przez autorów pracy, badaczy między innymi z University of Exeter, University College London i Environmental Change Institute (ECI) przy University of Oxford. W pierwszych zdaniach owego komunikatu o żadnej nadziei mowy jednak nie ma, czytamy, że "jeśli chcemy zgodnie z porozumieniem paryskim ograniczyć wzrost globalnej, średniej temperatury do 1,5 stopnia Celsjusza, powinniśmy podjąć działania na rzecz znaczącej redukcji emisji". Chodzi oczywiście o redukcję emisji gazów cieplarnianych.

Reklama

W kolejnym akapicie wciąż o żadnej nadziei nie czytamy, dopiero w trzecim pojawia się uwaga, że "osiągnięcie celów ustalonych na konferencji klimatycznej w Paryżu nie jest geofizycznie niemożliwe, tyle że prawdopodobnie wymaga bardziej ambitnej redukcji emisji, niż ta, którą ustalono do tej pory". Ale do nadziei wciąż daleko. W czwartym akapicie - nic, w piątym - nic. Dopiero w szóstym coś konkretnego. "Poprzednie szacunki budżetu węglowego, pozostałego do limitu 1,5 stopnia Celsjusza, były około 4-krotnie zaniżone, co jest bardzo dobrą wiadomością z punktu widzenia osiągnięcia założonych w Paryżu celów". Bingo!

O co chodzi? Budżet węglowy to według raportu Międzyrządowego Panelu do spraw Zmian Klimatu ilość węgla, którą możemy jeszcze wyemitować do atmosfery, by nie doprowadzić do przekroczenia określonego progu wzrostu średniej globalnej temperatury. W Paryżu porozumiano się co do woli ograniczenia wzrostu tej temperatury do 1,5 stopnia Celsjusza powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej do 2022 roku. Eksperci panelu - w tym bohaterowie dzisiejszej historii - przedstawili przy tym wyliczenia budżetu węglowego od 2015 roku, który pozwoliłby to osiągnąć. Teraz przyznają, że pomylili się... mniej więcej czterokrotnie. "Wolno nam" wyemitować cztery razy więcej. To owszem jest dobra wiadomość, ale nie tylko z tego względu, że utrzymanie założeń z Paryża wydaje się nieco łatwiejsze, ale przede wszystkim dlatego, że OCIEPLENIE KLIMATU PRZEBIEGA WOLNIEJ, A JEGO ZALEŻNOŚĆ OD EMISJI CO2 JEST MNIEJSZA, niż ci sami panowie wcześniej szacowali.  To jest obiektywnie dobra wiadomość dla nas wszystkich. Kropka.

To właśnie takie stwierdzenie powinno krzyczeć z tytułu tego komunikatu. Bo może się okazać, że zagrożenie dotyczące nas wszystkich jest nieco mniejsze. Zauważył to komentator tygodnika "Nature", który już w drugim zdaniu swojego tekstu na stronie internetowej napisał: "Analiza wskazuje na to, że badacze nie doszacowali ilości węgla, którą ludzkość może wyemitować, zanim doprowadzi do takiego poziomu ocieplenia". No właśnie. Najpierw nie doszacowali, a teraz próbują nie dopowiedzieć. Na koniec komunikatu stwierdzają tylko, że ich praca "precyzuje, jakie konkretne zobowiązania muszą wiązać się z działaniami na rzecz utrzymania limitu wzrostu temperatury w granicach 1,5 stopnia Celsjusza". Nie panowie, wasza praca pokazuje dużo więcej...

Żeby było jasne, nie zaliczam się osobiście do klimatycznych sceptyków, którzy w żadne wywołane przez człowieka ocieplenie klimatu nie wierzą. Nie jestem jednak równocześnie entuzjastą klimatycznych alarmistów, którzy uznają, że z dnia na dzień powinniśmy się cofnąć do epoki kamienia łupanego, bo zniszczymy Ziemię. Jestem zwolennikiem dyskusji na argumenty i podejmowania ewentualnych decyzji bez ideologicznego zacietrzewienia. Niestety, co mnie martwi, ideologii tu bardzo dużo, a wiele proponowanych przez klimatycznych alarmistów - i częściowo już wprowadzanych - rozwiązań, to typowe leczenie dżumy cholerą. Pisałem już choćby o biopaliwach, a zapewne wkrótce do tematu warto będzie wrócić.

Tę konkretną pracę, opublikowaną w tym tygodniu w czasopiśmie "Nature Geoscience", przyjęto po stronie rzeczników teorii ocieplenia spowodowanego przez człowieka - delikatnie mówiąc - bez entuzjazmu. Z oczywistych względów, wpadła jednak w oko klimatycznym sceptykom. To oni, choćby na prawicowym portalu Breitbart.com ogłosili, że te doniesienia są ostatecznym przyznaniem się klimatycznych alarmistów do błędu. Między obiema stronami sporu od dawna nie było już kulturalnej dyskusji, sceptyków twierdzących, że stosowane przez alarmistów modele komputerowe konsekwentnie wyolbrzymiają zagrożenie, media głównego nurtu generalnie odsądzały od czci i wiary. Najnowsze doniesienia wskazują jednak na to, że... mogli mieć rację. To daje nadzieję na jakiś przełom, jeśli nie w samej wiedzy o procesach klimatycznych, to przynajmniej w dyskusji na ten temat. Liczę na to, że dzięki tej dyskusji znajdziemy się w tej sprawie bliżej prawdy. To już byłoby coś...

Dowiedz się więcej na temat: grzegorz jasiński

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje