Nieznośny uścisk stereotypów

Są takie wyniki badań naukowych, które można przewidzieć, zanim jeszcze ktoś zdobędzie grant na ich przeprowadzenie. Mimo to uważam, że warto po ich opublikowaniu poświęcić im nieco uwagi, choćby po to, by sobie po cichu z satysfakcją powiedzieć: "a nie mówiłem". Ja nawet chcę powiedzieć to całkiem głośno, tym bardziej, że sprawa dotyczy ulubionych przeze mnie studiów genderowych.

Międzynarodowa grupa badaczy ogłosiła właśnie na łamach czasopisma "Journal of Adolescent Health" serię artykułów, w których przyznaje, że mimo wieloletnich starań sił liberalnych, dzieci wchodzące w wiek nastoletni nadal obciążone są stereotypami ról płciowych, z których nie udaje się ich wyzwolić. Hurra!

Eksperymenty prowadzono przez 6 lat w 15 krajach w ramach globalnego programu badań młodzieży Global Early Adolescent Study (GEAS), stworzonego wspólnie przez Johns Hopkins Bloomberg School of Public Health i Światową Organizację Zdrowia (WHO). Celem programu jest zrozumienie, w jaki sposób i kiedy normy dotyczące ról płci się tworzą i - tu cytat - w jaki sposób "narażają młodych ludzi na seksualne i innego typu zdrowotne ryzyko". Pisze tu do siebie - jak rozumiem - genderowe towarzystwo, więc nie trzeba niczego szczególnie owijać w bawełnę. Owe genderowe stereotypy nazywa się wprost "szkodliwymi". Co ciekawe, dotyczą one w równym stopniu krajów bogatych i biednych, postępowych i - nazwijmy to - tradycyjnych.

Reklama

Badania dotyczyły wieku 10-14 lat, kiedy faktycznie dzieci zaczynają rozwijać się w młode kobiety i mężczyzn. Zdaniem autorów prac to wtedy zaczynają podejmować związane z kobiecością i męskością role społeczne, które mają potem wielkie wpływ na zdrowie i dobrostan ich i osób w ich otoczeniu. Z tymi wszystkimi stwierdzeniami byłbym gotów się nawet zgodzić, gdyby nie ogólny podtekst, że owe role społeczne - od dawna rzekomo wiązane ze zwiększonym ryzykiem mentalnych i fizycznych problemów zdrowotnych - są na dzieciach kulturowo wymuszane niemal jak "genderowe kaftany bezpieczeństwa". Wow. Mocne.

O co konkretnie chodzi? Zdaniem Roberta Bluma, dyrektora GEAS, przede wszystkim o "mit", że dziewczynki są bezbronne i wrażliwe, a chłopcy silni i niezależni. Mit - dodajmy - wtłaczany dzieciom do głowy na każdym kroku przez rodziców, opiekunów, rodzeństwo, kolegów ze szkoły, nauczycieli, trenerów i duchownych. Badania prowadzone w tak różnych krajach, jak Indie i Stany Zjednoczone, Burkina Faso i Belgia, czy Chiny i Republika Południowej Afryki pokazały, że wszędzie skutki są mniej więcej takie same, po ukończeniu 10 roku życia dzieci są przekonane, że to nie mit, tylko prawda. Zaiste, ciekaw jestem na jakiej podstawie panie i panowie z tego całego GEAS mogli myśleć, że jest inaczej.

Potem jest już mniej jednoznacznie, bo zdaniem autorów pracy, wynikające z przekonania o "słabości" dziewcząt i kobiet przekonanie, że "trzeba się nimi opiekować" bardziej im szkodzi, niż pomaga, ograniczając ich możliwości i narażając na przemoc, w sytuacji, gdy się do narzuconych norm nie dopasują. Akurat tych uwag nie bagatelizuję, bo z pewnością w wielu miejscach świata dochodzi w związku z tym do rzeczy dramatycznych, nie zgadzam się tylko z proponowanym przez badaczy GEAS rozwiązaniem tego problemu. Ich zdaniem bowiem, skoro po 10. roku życia na genderową reedukację jest już za późno, to... trzeba rozpocząć ją wcześniej. Ja osobiście nie widzę powodu do żadnej reedukacji, bo szacunku, empatii i - owszem, równości też - można i trzeba uczyć chłopców i dziewczynki bez żadnego przewracania świata do góry nogami. Trzeba tylko faktycznie chcieć działać dla rozwiązania problemów, a nie rozpalania społecznej rewolucji.

Pisałem, już kiedyś, że gdyby Natura chciała sprawić, że kobiety będą fizycznie silniejsze, a mężczyźni słabsi, to zapewne tak by zrobiła. W świecie zwierząt są takie przypadki. Z jakichś powodów zdecydowała jednak, że taki układ sił, jaki mamy, będzie dla rozwoju człowieka najlepszy. Tysiące lat naszej ewolucji i sukces ekspansji na Ziemi pokazały, że miała rację. Obecne kłopoty tak przecież postępowej Europy, choćby z niskim przyrostem naturalnym, nie wzięły się tymczasem znikąd. Rewolucja seksualna ze wszystkimi swoimi konsekwencjami zaburzyła tradycyjny podział ról i doprowadziła miedzy innymi do tego, że dzieci rodzi się mniej. Czy same kobiety, czy my wszyscy jesteśmy w związku z tym szczęśliwsi? Czy jako Europa jesteśmy bezpieczniejsi? Czy nasze perspektywy rozwoju są niezagrożone? Dobrze byłoby się nad tym zastanowić, zamiast namawiać do indoktrynacji przedszkolaków...

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje