Sweter od babci Marrrylki

Staram się nie komentować treści reklam, bo po pierwsze, pracując w mediach komercyjnych, narażam się na zarzut, że przecież to właśnie z reklam się utrzymuję, a po drugie dlatego, że tworzą one świat całkowicie oderwany od rzeczywistości, a z mitami właściwie nie ma sensu polemizować. Potraktujmy więc ten tekst jako wyjątek od reguły i uznajmy, że jest uzasadniony specjalnymi okolicznościami przypadających właśnie Dnia Babci i Dnia Dziadka.

Tytułowy "sweter od babci Marylki" to oczywiście bohater reklamy pewnego banku. Ten sweter, biały z reniferem, wujcio Pawcio "wziął na siebie" po tym, jak babcia Marylka wzięła na siebie koszty jego kursu pilotażu. Tatuś, który tłumaczy synowi całą sprawę przyznaje, że on też dostał od babci taki sweter, ale go nie nosi, bo nie musi. I tu dowiadujemy się, że taką właśnie niezależność można osiągnąć odkładając w rzeczonym banku pieniądze na porażające 3 procent.

Reklama

Przyznam szczerze, że czegoś równie przewrotnego i w gruncie rzeczy podłego dawno nie słyszałem. A może inaczej, nie słyszałem czegoś równie podłego, co maskowano by dla niepoznaki "miłą i rodzinną" atmosferą świąt. Owa niby dowcipna historyjka, jak i inne z tej samej serii, w praktyce uderza w to, co dla wielu z nas jest wciąż najważniejsze, w przekonanie, że "rodzina przede wszystkim". Sugeruje, że od uciążliwych i interesownych babć i dziadków lepiej trzymać się z daleka, a najlepszym przyjacielem człowieka jest jego bank.

Oczywiście banki mogłyby znaleźć daleko lepszy sposób przekonywania nas, że "liczą się ludzie", niż produkcja toksycznych filmików. Mogłyby nie podnosić opłat za prowadzenie konta, dzielić się ryzykiem z kredytobiorcami, dbać o to, by nie stawiać się w przesadnie uprzywilejowanej wobec klienta pozycji. Jeśli, przyzwyczajone do wysokich zysków, tego nie robią, to dlatego, że nie są żadnym przyjacielem, ale bezwzględną instytucją, która gdy zajdą niekorzystne okoliczności nie tylko nie podaruje ci swetra, ale wręcz zedrze ci z grzbietu ten, który masz.

Z góry uprzedzam, że do frankowiczów nie należę, ale sytuacja osób z kredytem we frankach szwajcarskich nie jest mi, jak już pisałem przed tygodniem, obojętna. I nie powinna być nam obojętna bez względu na to, w jakiej sytuacji sami jesteśmy. Tak samo zresztą, jak sytuacja osób z innymi kredytami, czy bez szans na jakikolwiek kredyt. To sprawa elementarnej solidarności. To, co się w tej sprawie nieco śmieszne, to fakt, że niektórzy eksperci już zaczynają mówić, by w staraniach o wysupłanie dodatkowych pieniędzy na wyższą ratę zastanowić się, czy ktoś z rodziny nie może nam pomóc. Kto wie, może więc wypadnie się z babcią Marylką przeprosić. Jeśli bank miałby stracić, z pewnością będzie wolał, byś jednak chodził w jej swetrze.

Skoro tak, uprzejmie proszę, by banki nie dołączały do osobliwej akcji, prowadzonej w naszym kraju przeciwko babciom i dziadkom już od dawna. Akcji, w której to postępowe "autorytety" tłumaczą od lat, by nie jeździć do dziadków na święta, bronić się przed ich natarczywą ciekawością, kiedy ślub, kiedy dziecko. By chronić dzieci przed dziadkowym i babciowym przywiązaniem do tradycji i irytującą niechęcią do modernizacji za wszelką cenę. Bo to często dzięki owym, jak się ich nazywa, seniorom,  zachowujemy jeszcze nieco zdrowego rozsądku i owszem - możemy liczyć na radę, czy nawet pomoc, która nas nie zrujnuje. I jeszcze jedno, pokazując naszym dzieciom, jak dziadkowie są ważni, jak trzeba rozumieć ich, pomagać im, gdy potrzebują, możemy liczyć, że kiedyś w przyszłości i my sami będziemy dobrze traktowani. Taka jest natura rzeczy, która i was,  panie i panowie bankowcy, dotyczy. Nawet, jeśli dziś wam się wydaje, że nie.

PS. Babciom i Dziadkom w ich święta nisko się kłaniam i życzę wszystkiego co najlepsze.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje