SYNDROM OBLĘŻONEGO SEICENTO

​Gdyby opozycja wykorzystała okazję, by siedzieć cicho i pozwoliła rządowi strzelać sobie w stopę, kolano, biodro i Bóg wie, co jeszcze, oświęcimski wypadek pani Premier może i wpłynąłby na lekką zmianę społecznych nastrojów. Jeśli jednak ktoś - słusznie - myśli sobie, że coś z tymi przejazdami VIP-owskich kolumn przez Polskę jest nie w porządku, to trudno mu nie zauważyć, że z wypowiedziami tych, którzy poprzednio Polską rządzili jest nie w porządku znacznie bardziej. I złość na rząd choćby częściowo mu przechodzi.


Reklama

Nie wiem, czy ci ludzie z PO i ich medialnego zaplecza zawsze tacy byli, nie wiem, kto ich wychowywał i jak, ale to co pod swoim własnym nazwiskiem wypisywali i wygadywali w tych dniach, nie nadaje się do akceptacji w przestrzeni publicznej pod żadnym pozorem. Rozumiem polityczne animozje, zdaję sobie sprawę, że czasem w ich wyniku może pojawić się nienawiść i - owszem - lęk przed rozliczeniami, ale to, co mogliśmy w wykonaniu licznych ich przedstawicieli obserwować nie mieściło się w nawet szeroko zakreślonych ramach, nie tylko kulturalnego, czy przyzwoitego, ale nawet dopuszczalnego zachowania. I właśnie to sprawiło, że zamiast na spokojnie zastanowić się, co się stało, i co zrobić, żeby nie mogło stać się nigdy więcej, znowu zanurzyliśmy się... no, sami wiemy w czym.

Przyczyny kłopotów BOR powinni rozpatrywać ci, którzy się na sprawie znają, nie sposób jednak zamykać oczy na sprawy jasne także dla laika. Głęboki kryzys tej służby potwierdziła bez żadnych złudzeń katastrofa w Smoleńsku, a naprawę BOR uniemożliwiła wola poprzedniej władzy, by przez lata udawać, że w Smoleńsku "nic się nie stało". Nie wiem, czy rok mógł realnie wystarczyć nowej władzy na odbudowę BOR, wiem, że powinien był wystarczyć. Teraz czasu na zwlekanie z wprowadzeniem zmian po prostu już nie ma. To wszystko musi zmienić się od dziś, a właściwie od wczoraj.

Polska musi mieć służbę, która skutecznie chroni bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie, a przy okazji, bez istotnej potrzeby nie naraża osób postronnych, choćby innych użytkowników dróg, na niebezpieczeństwo. Nie naraża też niepotrzebnie zdrowia i życia samych swoich funkcjonariuszy. To sprawa prosta i oczywista, która musi być zrealizowana natychmiast. Jeśli z całej tej historii wynika cokolwiek pozytywnego, to fakt, że chyba wszyscy w Polsce wiedzą już, jak powinna być oznaczona i prowadzona uprzywilejowana kolumna, mam nadzieję, że wiedzą to także odpowiednie służby.

Mogę sobie wyobrazić różne wersje piątkowych wydarzeń. Jedne z nich bardziej niekorzystne dla kierowcy seicento, jako sprawcy wypadku, inne wskazujące na czynniki jego winę łagodzące. Nie sposób jednak w oparciu o ogólny opis sytuacji uznać, że on sam się do tego wypadku nie przyczynił. Być może po prostu popełnił błąd,  być może był nie dość uważny. Wciąż nie wiemy, czy miał powody, by przypuszczać, że na sygnale jechał tylko jeden pojazd. Jedno nie ulega wątpliwości, dla niego, jego rodziny, rządu, BOR-u i nas wszystkich najważniejsze jest to, że nic mu się nie stało, a pani premier odniosła tylko nieznaczne obrażenia. Mamy też nadzieję, że ranny oficer BOR wróci do pełnego zdrowia.

Taki rezultat tej groźnej sytuacji sprawia, że zamiast rzucać się sobie do gardeł powinniśmy merytorycznie podyskutować o stanie BOR, o procedurach, o tym, jak nasze państwo jest zorganizowane. I tyle. A tak naprawdę to najbardziej potrzeba realnych działań  fachowców, którym zależy na tym, by naprawić to, co wciąż nie działa w naszym kraju właściwie. Mam nadzieję, że te rozmowy się toczą, działania wchodzą w finalną fazę, a uczestniczą w nich także przedstawiciele Żandarmerii Wojskowej, która to służba nie zabezpieczyła niedawno przejazdu Ministra Obrony Narodowej.

Sprawa samego kierowcy seicento, które zderzył się z samochodem pani premier powinna być rozpatrywana w normalny sposób i z oczywistych względów obiektywizm owego rozpatrywania nie powinien budzić wątpliwości. "Życzmy sobie wzajemnie, by ta sprawa jak najszybciej została wyjaśniona, nie powodując niepotrzebnych emocji" - napisała do kierowcy seicento szefowa rządu. Pozostaje nam obywatelom życzyć sobie tego samego. Zresztą, popatrzmy na to i z innej strony. Każdy, kto ma dziecko w tym właśnie wieku, a owo dziecko ma prawo jazdy i samo jeździ, wie dobrze, co to niepokój. Nie ma też nic dziwnego w tym, że młody człowiek, który bez brawury mógł popełnić na drodze błąd budzi w ludziach naturalne współczucie. Organizowanie jednak w jego sprawie politycznej hucpy, choćby demonstracyjne zbieranie pieniędzy "na seicento" jest autentyczną i ostentacyjną kpiną z przypadków, w których ludzie faktycznie potrzebują  pomocy.

Co do strzałów w stopę i kolano, to w przypadku stłuczki kolumny szefa MON i wypadku kolumny pani premier obecne władze pokazały już sobie i nam, czego nie należy robić i jak nie należy o tym informować. Pora naprawdę uświadomić sobie, że w obecnym obiegu informacyjnym i przy braku specjalnej medialnej ochrony nie da się ukrywać faktów i nie zapłacić za to politycznej ceny. Mam nadzieję, że nie będzie już potrzeby wyjaśniania opinii publicznej podobnych incydentów, ale na wszelki wypadek sugerowałbym i ścisłe przestrzeganie procedur, i politykę informacyjnej otwartości. Nie mam wątpliwości, że opinia publiczna tego właśnie oczekuje.

Co do totalnej opozycji, powiedzmy sobie szczerze, histeria wokół absolutnie każdej decyzji rządu, krytykowanie każdej wprowadzanej zmiany, wreszcie wykorzystywanie do celów politycznych wszystkiego, co się tylko da, bez oglądania się na grzechy własnej przeszłości, coraz bardziej pachnie desperacją. A desperacja, szczególnie w obronie tylko własnych interesów, nie wzbudzi w obserwatorach uznania. Ani sympatii... 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje