Zimna wojna informacyjna

Każdy ma zapewne nieco inne powody do zaglądania na portale społecznościowe. Niektórzy chcą się dowiedzieć, czy ktoś ich polubił, sami kogoś polubić, niektórzy sprawdzają, czy ktoś polubił ich znajomych. Inni wrzucają lub oglądają zdjęcia. Jeszcze inni szukają informacji, rozsyłają informacje lub sieją dezinformację. Czasem nawet nieświadomie. Sądziłem przez dłuższy czas, że należę do tych szukających (i czasem przekazujących) informację, ale coraz częściej mam wrażenie, że zaglądam na jeden z portali głównie po to, by wiedzieć, na co powinienem się oburzać. Przyznam, że to rzeczywiście działa i fakt, że tak właśnie jest... oburza mnie najbardziej. A przecież właściwie nie powinien, dawno trzeba było się do tego przyzwyczaić.

Jakiś czas temu pisałem o wynikach badań naukowców MIT Media Lab wskazujących na to, że na Twitterze fake newsy rozchodzą się znacznie szybciej, niż informacje prawdziwe. Przyczyna jest prosta, chcemy być szybcy i oryginalni, najbardziej oryginalne newsy są zwykle nieprawdziwe, a pośpiech sprawia, że nie ma czasu, by je sprawdzać. Dziś ciąg dalszy tej historii, choć na podstawie zupełnie innych badań. Niestety, nie przynoszących powodów do optymizmu. Okazuje się bowiem, że najbardziej aktywni użytkownicy Twittera rozsyłają najczęściej właśnie nieprawdziwe informacje i to także w sytuacjach zagrożenia publicznego, kiedy tym bardziej powinniśmy uważać na słowo, szczególnie pisane.

Badacze z Uniwersytetu w Buffalo opublikowali tydzień temu na łamach czasopisma "Natural Hazards" wyniki badań 20 tysięcy tweetów opublikowanych w Stanach Zjednoczonych podczas huraganu Sandy w październiku 2012 roku i przy okazji zamachu bombowego na maraton w Bostonie w kwietniu 2013 roku. Okazało się, że zdecydowana większość rozsyłających informacje nie odróżniała prawdziwych od fałszywych. Pod uwagę wzięto po dwie najczęściej spotykane wtedy fałszywe informacje dotyczące każdego z tych wydarzeń, w tym nieprawdziwą wiadomość o zalaniu nowojorskiej Giełdy. Analizowano trzy formy zachowań, bezrefleksyjne podanie dalej lub polubienie informacji, podanie jej dalej z prośbą o potwierdzenie, podanie dalej z komentarzem, że prawdopodobnie jest nieprawdziwa. Co się okazało? 86 do 91 proc. użytkowników, którzy retweetowali lub lajkowali nieprawdziwego newsa, nie kwestionowało jego prawdziwości, 5 do 9 proc. komentowało, że nie wie, czy jest prawdziwy, zaledwie 1 do 9 proc. poddawało go w wątpliwość. Mówiąc krótko, ich czujność rewelacyjna nie była.

Reklama

Na tym nie koniec. Wskazane cztery nieprawdziwe informacje zostały potem oficjalnie zdementowane. Nie na Twitterze. Okazało się, że swego retweeta fake newsa skasowało potem niespełna 10 proc. użytkowników. Niespełna 20 proc. opublikowało nowego tweeta, prostującego tamtą informację.

Pierwszy autor pracy, dr Jun Zhuang z UB, przyznaje, że pierwsze tego typu badania przynoszą dość ponury obraz, media społecznościowe w chwili próby nie tylko nie pomagają zdobyć prawdziwej informacji, ale są skutecznym sposobem szerzenia dezinformacji. Podajemy bowiem newsy w większości bezrefleksyjnie. Autorzy pracy przyznają, że pod uwagę brali tylko tych użytkowników, którzy na te cztery konkretne fake newsy zareagowali, być może większość z tych, którzy uznali je za fałszywe, po prostu je zignorowała, jednak nadzieja, że twitterowicze aktywnie mogą przyczynić się do wygaszenia niesprawdzonych plotek, raczej się nie spełni. Doświadczenia kilku następnych lat zdają się to potwierdzać.

Wracając do polityki i owego, sączącego się z mediów społecznościowych, oburzenia warto zastanowić się, co sprawia, że tak łatwo w owe oburzające, choć niekoniecznie prawdziwe informacje wierzymy. Tu mogą się nam przydać wnioski z badań przeprowadzonych przez izraelskich naukowców z Ben-Gurion University of the Negev i Hebrew University of Jerusalem. Okazuje się bowiem, że odruchowo za prawdziwe uznajemy informacje, które... zgadzają się z naszymi przekonaniami. Jeśli w coś wierzymy, to informacje, które to potwierdzają uznajemy za prawdziwe. Prawda, jakie to proste? Grupa pod kierunkiem dr. Michaela Gileada z BGU opublikowała na łamach czasopisma "Social Psychological and Personality Science" pracę, z której wynika, że pozostajemy tak uczepieni okopów własnych przekonań między innymi ze względu na ten właśnie odruch.

Do ogólnej grupy użytkowników Twittera, którzy przyczyniają się do rozpowszechniania fake newsów trzeba zaliczyć, niestety, także nas samych, dziennikarzy, którzy z racji wykonywanego zawodu zaufania publicznego powinniśmy wystrzegać się ich bardziej skutecznie, niż choćby dziennikarze obywatelscy. Nie twierdzę oczywiście, że człowiekowi normalnemu, z niezaburzonym pojęciem rzetelności dziennikarskiej, nie może się zdarzyć przypadek podania nieprawdy. Zdarzyć się owszem może, wystarczy chwila nieuwagi, zbyt dobry pomysł na komentarz i nadmiernie szybkie palce. Jednak świadome kreowanie i pompowanie kontrowersyjnych newsów, które są półprawdą, albo wręcz fałszem jest autentycznym skandalem. I o ile normalnie przed twitterowym oburzeniem uciekam, to faktycznie mnie oburza.

Najnowszy przykład? Awantura wokół Pawła Pawlikowskiego i jego wywiadu, nie-wywiadu, którego agencji AFP w Cannes udzielił, albo i nie udzielił. To, że agencja do teraźniejszej rozmowy dodała słowa sprzed dwóch lat, tu coś podkręciła, tam przekręciła, jest samo w sobie aberracją. To, że znaleźli się w Polsce dziennikarze, którzy podkręcili to jeszcze bardziej, by wywołać tu burzę i falę kolejnego oburzenia jest dodatkowo jeszcze niesmaczne. Reżyser sam być może nie do końca wie, czy jest na jakiejś czarnej liście, czy nie jest, czy Polska jest już państwem autorytarnym, czy nie, czy wreszcie pieniądze otrzymane od PISF pod nowym kierownictwem były mu potrzebne, czy nie, ale jego głównym zadaniem jest jednak robienie dobrych filmów, a nie polityki, więc można nad tym przejść do porządku dziennego. W przypadku dziennikarzy, nie bardzo.

Słowa Pawlikowskiego mogą owszem szokować, szczególnie tych, którzy w Polsce znajdują się poza zakresem jego zainteresowań, ale tym co po nim pozostanie będą filmy, nie wywiady. Mnie osobiście "Ida" się podobała, choć faktycznie wolałbym, by nie była jedynym obok "Pokłosia" filmem opowiadającym światu o naszych skomplikowanych losach. I choć absolutnie nie zgadzam się z politycznymi tezami Pawła Pawlikowskiego to szczerze życzę jego "Zimnej wojnie" zwycięstwa w Cannes i nie tylko. Bo - po pierwsze - to podobno znakomity film, a po drugie, strasznie nie lubię, jak ktoś wmanewrowuje mnie w sztucznie kreowane oburzenie. Mam dość własnego...

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy