Doczesne szczątki, wieczyste zmartwienie

​Histeria i zawziętość, z jaką niektórzy członkowie rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej pomstują na pomieszanie szczątków ich bliskich z innymi wówczas zmasakrowanymi, odzwierciedlają bodaj naiwne rozumienie podstaw religii chrześcijańskiej, dotyczących zmartwychwstania. Wyobrażają sobie chyba, że jeśli jakiś fragment ciała nie znajdzie się w tym samym grobie co jego reszta, to zmartwychwstanie będzie niepełne, utrudnione lub wręcz niemożliwe.

Kościół też miał przez wieki podobne obawy, dlatego zakazywał sekcji zwłok, ich kremacji, a później z rezerwą odnosił się do transplantacji organów. Ale dziś niczego z tych praktyk już nie zabrania, a transplantacje wręcz wspiera. Wynika to ze zmiany podejścia do kwestii zmartwychwstania, czyli ponownego zespolenia ciała z duszą u kresu czasu, a zatem i do traktowania samego ciała, zwłaszcza po śmierci. Nikt rozsądny przecież nie wierzy, że zwłoki ludzkie doczekają wskrzeszenia w stanie pełnego zachowania. Owszem, takie wierzenia się zdarzały, dlatego niegdyś i gdzieniegdzie usiłowano ciała balsamować, by powstrzymać ich rozkład. Nie robili tego jednak chrześcijanie, lecz Egipcjanie czy Inkowie, a w czasach nam bliższych komuniści (vide: mumia Lenina). O całość szczątków zmarłych (oczekujących na nadejście Mesjasza) troszczą się specjalnie ortodoksyjni wyznawcy judaizmu, ale właśnie dlatego sprzeciwiają się ekshumacjom, których część rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej akurat się domaga.

Reklama

Nie znaczy to, że zmartwychwstanie, będące podstawowym wyrazem i fundamentem wiary w chrześcijaństwie, nie jest problematyczne. Przeciwnie: trudności sprawia choćby pytanie w jakiej postaci ciała ludzkie zostaną przywrócone do życia; czy w takiej jaką zastała je śmierć, co w wielu przypadkach oznaczałoby starcze, zniszczone, zgrzybiałe, zdeformowane chorobami, w innych - kalekie, pozbawione wielu organów (amputowanych za życia lub w ogóle niewykształconych, u osób urodzonych bez nich). A jeśli nie z chwili śmierci, to z której fazy życia? A może wszyscy zmartwychwstaną jako piękne dziewczęta i przystojni młodzieńcy? Jak wówczas rozpoznają swoich bliskich? A swoje własne ciała? A co z dziećmi zmarłymi w niemowlęctwie, czy na zawsze pozostaną niedojrzałe? Rozstrzygnięcia tych rozterek i wątpliwości nie ułatwia przypadek zmartwychwstania, które już się ponoć dokonało, czyli Jezusa. Wstał on bowiem z grobu w takim stanie, w jakim został do niego złożony, a więc ze śladami po ukrzyżowaniu, w tym głęboką raną od włóczni (niewierny Tomasz wkładał w nią palce, aby o zmartwychwstaniu się przekonać). Czy polegli na wojnach też zatem wstaną z martwych okaleczeni, a ofiary wypadków zdeformowane?

To zapewne te i dalsze podobne niejasności czy wątpliwości sprawiają, że wielu (ok. 1/3) Polaków deklaratywnie wierzących w Boga i utożsamiających się z chrześcijaństwem nie wierzy w zmartwychwstanie. Podobny odsetek deklaruje zaś wiarę w reinkarnację, z dogmatem o zmartwychwstaniu sprzeczną.

Lecz jeśli ktoś rzeczywiście jest chrześcijaninem i naprawdę wierzy w zmartwychwstanie, nie powinien się obawiać, że Bóg wszechmogący nie wskrzesi kogoś dlatego, że jakieś fragmenty jego ciała zostały złożone do innego grobu lub nieodnalezione w miejscu tragicznej śmierci, albo wskrzesi go pozbawionego tych członków lub z innymi, które w jego grobie się znalazły. To byłby doprawdy wyraz słabej wiary, zwłaszcza w obliczu zbliżającego się święta Bożego Ciała. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje