Inny kataklizm

Cały świat śledził z trwogą i współczuciem spustoszenia czynione przez tajfun na Karaibach i w Środkowej Ameryce. Miejmy nadzieję, że zniszczenia da się szybko odbudować i przywrócić normalne życie mieszkańcom dotkniętych klęską obszarów. Ale region ten od wielu lat nękany jest przez inny kataklizm, którego zniszczenia nigdzie nie są łatwe do usunięcia, a nazywa się on socjalizm. Zdewastował już bodaj trwale Kubę, a obecnie dopełnia demolowania Wenezueli. W warunkach zamordystycznej dyktatury dogorywa tam oto tak zwany "socjalizm boliwariański", przez niektórych europejskich – w tym polskich - lewicowców witany przed laty jako "socjalizm XXI wieku". Po upadku realnego socjalizmu, który zrujnował i wpędził w zacofanie Europę Wschodnią, południowoamerykańscy radykalnie lewicowi przywódcy – z Hugo Chavezem na czele – stali się dla wielu socjalistycznych ideologów i aktywistów nadzieją na odrodzenie i rehabilitację skompromitowanej doktryny. Tymczasem skompromitowała się ona po raz kolejny. Symbolem jej upadku jest zarówno bieda i niedobór wszelkich towarów, z papierem toaletowym włącznie, jak i krwawa rozprawa z wszystkimi, którym się to nie podoba.

Polacy mogą kojarzyć to z ostatnią fazą upadku socjalizmu w naszym kraju. Wśród tych, którzy byli wówczas zbyt młodzi, by pamiętać lub z różnych powodów woleli zapomnieć, wiara w socjalizm odradza się i trwa. Upadek socjalizmu latynoskiego - bo nie tylko wenezuelskiego - sprawia im oczywiście kłopot. Na ogół usiłują go przemilczeć. Pytani o to wprost, europejscy lewicowcy kluczą jak Jeremy Corbyn czy hiszpańscy Podemos. Ale oto niektórzy komentatorzy znaleźli klucz do takiej interpretacji, która faktom wprost nie zaprzeczy, a ideologii nie podważy. Otóż według tej wykładni, inicjator "boliwariańskiej rewolucji" Hugo Chavez był autentycznym bojownikiem o sprawiedliwość społeczną, mającym spore zasługi w jej urzeczywistnianiu, ale niestety zmarł przedwcześnie i nie zdołał w pełni zrealizować swoich szczytnych zamierzeń. Po jego śmierci władzę przechwycił głupszy i prymitywniejszy Nicolás Maduro, który dzieło Chaveza zniweczył i ze szlachetnej rewolucji uczynił paskudną dyktaturę.

Reklama

Wykładnia taka jest dokładnym odpowiednikiem opowieści o dobrym Leninie i złym Stalinie, ma też równie nikły związek z realiami. W PRL była nawet oficjalną linią interpretacyjną kolejnych klęsk i kompromitacji reżimu: "Socjalizm - tak, wypaczenia - nie!". Znaczy doktryna jest w porządku, a jedynie jej konkretne formy realizacyjne zawodzą, nie bez udziału różnych wrogich sił (zarówno w Wenezueli, jak i PRL sponsorowanych przez Stany Zjednoczone). Inna, już czysto stalinowska, wykładnia głosi, że "walka klasowa zaostrza się w miarę postępów socjalizmu", czyli im więcej socjalizmu, tym liczniejsi i silniejsi jego wrogowie, z którymi trzeba się coraz bardziej stanowczo rozprawiać, a więc zaostrzać reżim.

Klęska socjalizmu w Wenezueli, Brazylii i innych krajach latynoskich jest niezaprzeczalna. Może warto się zastanowić, czy ta doktryna nie jest po prostu bałamutnym złudzeniem, mirażem, iluzją. Niektórzy dopowiedzą, że jednak wyrasta ze szlachetnych pobudek. Cóż z tego, skoro prowadzi do klęski.

W obliczu załamania kolejnego wcielenia socjalistycznej doktryny warto przytoczyć Kisiela, który kilkadziesiąt lat temu odniósł się do zapowiedzi kolejnego zjazdu PZPR, mającego wyeliminować nieprawidłowości ustroju i poprzedzanego propagandową kampanią, zachęcającą do namysłu: "Jaki socjalizm?". Odpowiedź Kisiela była krótka i stanowcza: "Żaden".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje