Jak koń pod górę

Rządząca ekipa kombinuje z programem „Mieszkanie+” jak koń pod górę. Składanie obietnic zbudowania tanich mieszkań na wynajem dla niezamożnych lokatorów było łatwe i przyjemne, ich spełnienie wymaga pokonania toru przeszkód. Podstawowa wiąże się z finansowaniem. Jeśli ceny najmu mają być niższe od rynkowych, trzeba znaleźć źródło dotacji pokrywającej różnicę i nad tym obecnie rząd się biedzi.

Pierwotnie zakładano, że niskie czynsze uda się uzyskać dzięki niskim kosztom budowy. Ale to oznaczałoby wznoszenie budynków substandardowych na nieatrakcyjnych gruntach. Przyszli lokatorzy - i wyborcy - nie byliby zachwyceni perspektywą zamieszkania w wielopiętrowych barakach usytuowanych w pobliżu oczyszczalni ścieków, lotniska, autostrady czy wysypiska śmieci. Ponadto tandetnych lokali mieszkalnych jest już w Polsce dosyć na wielkopłytowych blokowiskach pozostałych po PRL. Zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych nowoczesnego i bogacącego się społeczeństwa wymaga budowy mieszkań o coraz wyższym standardzie. I to zapewniają komercyjne firmy deweloperskie, bijąc rekordy oddawanych do użytku domów.

Reklama

Skierowane do tychże deweloperów propozycje, by w zamian za otrzymane darmowo lub pół darmo grunty oddawali część wznoszonych przez siebie budynków pod tani wynajem, wywołała ich wzruszenie ramion. Wiedzą dobrze, że nie sprzedadzą potencjalnym nabywcom mieszkań w budynku, którego część zajmą lokatorzy "socjalni", więc w taki "interes" nie zamierzają wchodzić. Dobrze liczą koszty i zyski.

Władze lokalne też niezbyt entuzjastycznie oceniają perspektywę wznoszenia budynków, do utrzymania których trzeba by dopłacać. Aby tego uniknąć, ceny najmu muszą być zbliżone do rynkowych i takie właśnie się okazały w tych nielicznych budynkach, które w ramach programu "Mieszkanie+" dotychczas oddano do użytku.

W przypadku tego programu szczególnie wyraziście ujawnia się prawda zawarta w starym porzekadle, że nie ma obiadu za darmo; ktoś musi za niego zapłacić, nawet jeśli nie będzie to ten, kto go zjadł. Teraz trwa szukanie frajerów, którzy dopłaciliby do tanich mieszkań na wynajem. Dobrowolnie się tacy nie zgłoszą. Prawdopodobnie skończy się przymuszeniem podatników, aby część składanych przez nich danin publicznych przeznaczyć na dotowanie tanich mieszkań. Ale podatnicy - obywatele i wyborcy mogą to przyjąć z niechęcią, której rządzący nie będą chcieli wywoływać, więc zapewne cały program po cichu wygaszą. To jednak także przysporzy rozczarowanych i zawiedzionych obywateli, potencjalnych wyborców. Tak to jest, gdy się składa nierealizowalne obietnice.  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje