Kwestia kobieca

​Przez wiele lat ze środowisk feministycznych dobiegały donośne głosy domagające się większego udziału kobiet w życiu publicznym, w tym politycznym. Miało to nie tylko poprawić reprezentację interesów i zaspokojenie potrzeb połowy społeczeństwa, ale także jakość polskiej debaty publicznej i polityki. Szkodziło im bowiem ponoć zawłaszczenie przez mężczyzn rywalizujących między sobą o dominację, walczących o prymat w swoich politycznych stadach, pojmujących konkurencję jako próbę sił, narzucających dyskurs wojowniczy i napastliwy.

Kobiety miały nadać polityce i publicznej debacie inny kształt, kontekst i sens, ukierunkowując na współpracę i wzajemną pomoc, uwrażliwienie na społeczne aspekty, odwołanie się do życzliwości i troski zamiast wrogości i walki, empatii zamiast agresji. Życie publiczne, w tym polityczne, pod wpływem kobiet miało się stać łagodniejsze, sympatyczniejsze, milsze. Generalnie pozytywnie odmienione.

Reklama

Było skądinąd w takim nawoływaniu i przekonywaniu trochę z zupełnie niefeministycznych stereotypów, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus. Ale wiara w zastąpienie męskiej walki o przywództwo kobiecą troską o wspólne dobro mogła dawać pewne nadzieje.

Ostatnie wydarzenia w Nowoczesnej obnażyły iluzoryczność takich złudzeń. Rywalizacja i niemożność porozumienia się kilku kobiet doprowadziły do ich skłócenia i odejścia dwóch spośród nich, obrażonych na pozostałe i zasypujących przewodniczącą partii oraz szefową klubu parlamentarnego oskarżeniami o najróżniejsze przewiny. Zdominowanie partii przez kobiety, zwłaszcza po wyborze Katarzyny Lubnauer na przewodniczącą, nie przyniosło poprawy ani wewnątrzpartyjnych stosunków, ani zewnętrznej reputacji i pozycji politycznej.

Oczywiście można przyjąć, że to mężczyzna, czyli Ryszard Petru, pozostawał złym duchem partii i podburzał bliskie sobie kobiety przeciwko tym, których nie lubi, ale to by sugerowało niesamodzielność owych pań i ich uległość wobec faceta, co stawiałoby w wątpliwość ich cechy charakteru i osobiste predyspozycje do pełnienia odpowiedzialnych ról politycznych. Nie różniłyby się więc one od Beaty Szydło, spełniającej wolę i wykonującej polecenia szefa swojej partii, a nie oczekiwania feministek.

Inna interpretacja, przyjmująca pełną samodzielność i autonomię polityczną owych skłóconych kobiet, jest dla nich nie mniej dotkliwa, bo sugeruje brak koncyliacyjnych i kooperacyjnych umiejętności, jakie rzekomo miały wnieść kobiety do polskiej polityki.

Tym żałośniej brzmią obecnie wciąż powtarzane nawoływania niektórych feministek do uzdrowienia polskiej polityki przez zwiększanie wpływu kobiet na jej przebieg. Gdyby to miało przynieść takie rezultaty jak w Nowoczesnej, to nie tylko daremne, ale i chybione głosy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje