​Niepodległość i propaganda

Pomysł wykorzystania stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości do promocji naszego kraju w szerokim świecie jest chybiony, bez względu na sensowność rejsu Mateusza Kusznierewicza wokół globu w biało-czerwonym jachcie.

Po pierwsze, w 1918 roku niepodległość odzyskało lub uzyskało wiele europejskich krajów, bo było to zgodne z przyjętą wówczas doktryną samostanowienia narodów i tworzenia przez nie państw narodowych. Niepodległość przyznawano nawet tym, którzy jej nie chcieli (np. Węgrom, którzy w austro-węgierskiej monarchii współzarządzali potężnym cesarstwem, a po jego rozpadzie stali się małym państwem, pozbawionym 2/3 terytorium, czego Węgrzy do dziś nie mogą przeboleć). Nie ma w tym więc żadnej szczególnej polskiej zasługi ani wyjątkowości. Te mogliby ewentualnie podnosić Grecy, Włosi, Bułgarzy czy Albańczycy, którzy niepodległość wywalczyli lub uzyskali osobno i znacznie wcześniej. Nie słychać jednak, aby przysparzało im to jakichś promocyjnych sukcesów.

Reklama

Po drugie, daty i terminy proklamowania lub uzyskania niepodległości przez niektóre kraje europejskie są wcześniejsze niż obchodzona przez Polskę. Tacy Finowie mają ją już za sobą, bo niepodległość ogłosili jeszcze w 1917 r. Podobnie Litwini i Estończycy, świętujący w lutym. Wyprzedzili nas nawet Czesi i Słowacy, proklamujący wspólne niepodległe państwo w październiku. Można wręcz powiedzieć, że Polska zdeklarowała niepodległość jako jedno z ostatnich państw powstałych po rozpadzie trzech cesarstw. Inaczej mówiąc, z zewnątrz wygląda na to, że Polacy bynajmniej do tej niepodległości się nie spieszyli tak, jak inne narody, często niemające w ogóle tradycji własnej państwowości.

Po trzecie, data przyjęta jako umowna rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę, czyli 11 listopada, jest w całym świecie kojarzona z końcem Wielkiej Wojny i pod takimi symbolami będzie w obecnym roku obchodzona. Nikt przy tej okazji nie wspomni o polskiej niepodległości i nie zauważy jej rocznicy.

A po czwarte, kampanie promocyjne prowadzone przez pogrążające się w autorytaryzmie państwa są przeciwskuteczne, bo odbierane jako propagandowe akcje mające zamazać owe autorytarne zapędy. Reputacja Polski nie zależy od kampanii prowadzonej przez jakąś narodową fundację, kierowaną przez pupila autorytarnej władzy, chociaż nieudolność i nachalność takiej kampanii może wizerunkowi Polski zaszkodzić. Jest on zaś już i tak marny, czego licznych świadectw dostarczają światowe media. Tam o Polsce ostatnio mówi i pisze się źle i krytycznie, na co obecna ekipa rządząca solidnie zapracowała i żadna propaganda tego nie zmieni.  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje