Postępowe wstecznictwo

Jeśli postulaty i żądania przeciwników CETA sprowadzić do postaci „Nie chcemy, aby u nas było tak, jak w Kanadzie”, ich absurdalność staje się rażąca.

Tym bardziej, że w wielu polskich mediach raptem kilka miesięcy temu, z okazji objęcia stanowiska premiera przez Justina Trudeau, upajano się idyllicznymi obrazkami Kanady jako kraju i społeczeństwa najlepiej stawiającego czoła wyzwaniom XXI wieku ("ponieważ mamy XXI wiek" - sławna już fraza Justina Trudeau, wyjaśniającego w ten sposób swoje decyzje, z upodobaniem cytowana i wychwalana przez postępowych dziennikarzy na świecie i w Polsce).

Reklama

Tymczasem teraz mielibyśmy uwierzyć, że Kanadyjczycy są karmieni niezdrową żywnością, żyją w zdewastowanym środowisku i jęczą w okowach bezwzględnych korporacji wytwarzających szkodliwe produkty, a na dodatek chcą te wszystkie nieszczęścia sprowadzić na nas.

Kanada zawsze miała w Polsce dobrą reputację. Niegdyś nazwa tego kraju w potocznym żargonie oznaczała miejsce uporządkowanego, dostatniego, wygodnego i spokojnego życia (w tym samym czasie, gdy słowo "Meksyk" było określeniem chaosu, nieporządku i bezprawia).

Bogata jak Stany Zjednoczone, ale spokojniejsza, bardziej powściągliwa i wyluzowana, europejska w stylu (między innymi dzięki dużej mniejszości francuskiej, z której wywodzi się rodzina Trudeau) i do tego rozległa, piękna krajobrazowo, z nieskażonym powietrzem, krystalicznie czystymi rzekami i lasami ("Kanada pachnąca żywicą" - pisał urzeczony Arkady Fiedler).

Poziom życia Kanadyjczyków, mierzony zintegrowanym wskaźnikiem HDI (Human Development Index), należy do najwyższych na świecie. Tymczasem niektórzy usiłują nam wmówić, że otwarcie polskich (wraz z europejskimi) granic dla produktów i wytworów kanadyjskiego społeczeństwa oraz tamtejszych wzorców kultury ściągnie na nas rozliczne plagi i doprowadzi do degeneracji naszego życia. Śmiać się czy płakać?

Polki protestujące przeciwko zaostrzeniu ustawodawstwa antyaborcyjnego (skądinąd w Kanadzie bardzo liberalnego) ostrzegają przed nowym średniowieczem. Lecz jeśli "średniowiecze" ma oznaczać stosunki oparte na nienaukowo uzasadnianych uprzedzeniach, przesądach i irracjonalnych lękach, to walka z GMO także pod takie określenie podpada.

Niektóre z ideałów ludzi uważających się za postępowych - powrót do naturalnych metod upraw (podobnie skądinąd jak powrót do naturalnych metod regulacji poczęć), rezygnacja z przemysłowych form produkcji żywności, zwalczanie dużych koncernów, a wspieranie wytwórczości rzemieślniczej i rękodzieła - w istocie też wyrażają tęsknotę za średniowieczem (a w przypadku modnej ostatnio paleodiety nawet za epokami prehistorycznymi, dokładniej zaś okresem paleolitu, czyli kamienia łupanego).

Ideologicznym wrogom kapitalizmu, transnarodowych korporacji, GMO i bezcłowego handlu warto uświadomić, że są to faktycznie wytwory nowożytności i nowoczesności, nieznane i nieobecne w średniowieczu (podobnie jak zapłodnienie in vitro i spirale domaciczne), zatem ich wyeliminowanie oznaczałoby cywilizacyjny regres.

"Ponieważ mamy XXI wiek" - to dobra odpowiedź także na pytanie, dlaczego mielibyśmy zawrzeć umowę CETA, czyli porozumienie o współpracy i wymianie z jednym z najlepiej rozwiniętych i urządzonych państw współczesnego świata.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje