Pseudo

Dwaj kibole krakowskiej Wisły, przebywający czasowo (jeden zaledwie od kilkunastu godzin) w Wielkiej Brytanii, postanowili zabazgrać ściany w jednym z tamtejszych miasteczek bohomazami sławiącymi ich klub piłkarski oraz lżącymi drużynę rywali.

Zostali złapani, osadzeni w areszcie, osądzeni, skazani i wsadzeni do więzienia (na 22 tygodnie), a ich pełne imiona i nazwiska obwieszczone opinii publicznej. Jakże to kontrastuje ze sposobem traktowania ich kibolskich pobratymców w rodzinnym kraju. Tutaj pseudo-graficiarze są na ogół dla policji i innych służb nieuchwytni, mimo że ich bazgroły to często tzw. tagi, czyli podpisy identyfikujące sprawcę. Jeśli już uda się któregoś złapać, zwykle dostaje za karę jakiś śmieszny wyrok w zawieszeniu i nieściągalną grzywnę. W prasie podawane są co najwyżej inicjały, a już w żadnym wypadku wizerunki. Przy takiej anonimowości i bezkarności trudno się dziwić, że bazgroły szpecą niezliczone domy, ściany, mury, płoty i wszelkie inne powierzchnie w polskich miastach. Kibole są zaś uznawani za patriotów.

Warto więc przy tej okazji przypomnieć, że z własnym kibolstwem na Wyspach już dawno i bezwzględnie rozprawiła się Margaret Thatcher. Nikt, nawet najzawziętszy jej wróg, nie mógł jej odmówić  patriotyzmu, to ona była wręcz prekursorką Brexitu, domagając się od Unii Europejskiej szczególnych praw i osobnego statusu dla Brytanii. Ale nie przyszło jej do głowy żeby kiboli uważać za patriotów i politycznych sojuszników. Uznała ich po prostu i zgodnie z realiami za bandytów, po czym spacyfikowała równie brutalnie co skutecznie. Na brytyjskich stadionach nieznane są ekscesy powszechne na polskich trybunach. Owszem, brytyjscy kibole lubią sobie ulżyć poza granicami kraju, ale to dlatego, że u siebie są trzymani krótko. Przeciwnie niż ich polscy odpowiednicy, którzy w brytyjskim miasteczku dali upust instynktom i skłonnościom swobodnie rozbudzanym i zaspokajanym na rodzimych stadionach i poza nimi. Można przy tej okazji napomknąć, że "żelazna lady" rozprawiła się także z drugą rozpanoszoną wówczas w Wielkiej Brytanii formą zadymiarstwa, czyli związkami zawodowymi. Tymczasem obecnie w Polsce to, obok kibolstwa, druga szczególnie hołubiona kategoria politycznych sprzymierzeńców (obiecujących "nakrycie czapkami" oponentów rządu). Jeśli więc aktualnie rządząca Polską ekipa uznaje rządzoną przez konserwatystów Brytanię za sojusznika, niech jej funkcjonariusze biorą pod uwagę, że stosunek do kiboli i związkowców jest u torysów radykalnie odmienny i nie do uzgodnienia.

Reklama

Skądinąd dzięki rozprawieniu się ze związkami zawodowymi premier Thatcher mogła pozamykać kopalnie oraz skończyć z wydobywaniem i paleniem węgla, dlatego dzisiaj Brytania nie ma takiego problemu ze smogiem jak Polska, choć to tam samo zjawisko i pojęcie powstały.

Polscy kibole bazgrzący po ścianach brytyjskiego miasteczka i wypisujący na nich antysemickie hasła utrwalili zaś u wielu Brytyjczyków przekonanie, że wpuszc zanie takiej hołoty na Wyspy należy jakoś powstrzymać, a więc decyzja o wystąpieniu z Unii  Europejskiej była słuszna. Paradoksem jest, że to wniosek zgodny z przekonaniami większości polskich pseudo-kibiców i pseudo-patriotów, których w Wielkiej Brytanii nie chcą, boja się ich i pogardzają nimi.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje