Rychło w czas

Dopiero 2,5 roku po zdobyciu samodzielnej i nieskrępowanej władzy liderzy rządzącego obozu politycznego doszli do oczywistego wniosku, że nie można beztrosko i niefrasobliwie rozdawać publicznych pieniędzy, bo to grozi budżetową katastrofą. Niefortunnie jednak wybrali grupę społeczną, której jako pierwszej postanowili to zakomunikować i rozdawnictwa odmówić. Niepełnosprawni cieszą się bowiem dość powszechną życzliwością i odmawianie akurat im spełnienia postulatów nie przysporzy rządzącej ekipie sympatyków.

Nietrafne są jednak komentarze, iż niepełnosprawni są na tyle nieliczni, że PiS nie musi ich brać pod uwagę jako elektoratu w swoich kalkulacjach wyborczych i dlatego nie przejmuje się ich protestem. Przeciwnie: grupa ta jest zbyt liczna, aby można było zaspokoić jej żądania bez wywołania finansowych perypetii, a w rezultacie politycznych kłopotów. Według niektórych szacunków niepełnosprawność dotyka prawie 5 milionów Polaków. Uznanie niepełnosprawności za podstawę do otrzymywania jakichś nowych hojnych świadczeń sprawiłoby, że zakwalifikowania do tej kategorii zapragnęłyby kolejne miliony.

Reklama

Niektórzy politycy rządzącego obozu wprost mówią, że podstawowy element dokonywanych przez nich kalkulacji to problem orzecznictwa, czyli - mówiąc jeszcze konkretniej - niebezpieczeństwo masowego orzekania o niepełnosprawności. W kraju, który nie tak dawno miał najwięcej rencistów w Europie, to zrozumiałe asekuranctwo. Tym bardziej, że gra toczy się także - czy przede wszystkim - o świadczenia dla opiekunów osób niepełnosprawnych, zatem każde orzeczenie o niepełnosprawności oznaczałoby włączenie co najmniej dwóch osób na listę świadczeniobiorców. Wtedy mogłaby się ona rozrosnąć do wielu milionów, czego rzeczywiście budżet nie wytrzymałby.

Ale jeśli się szastało obietnicami, trudno potem odmówić szastania pieniędzmi. Cztery lata temu, podczas poprzedniego protestu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów (przeważnie zresztą tych samych co obecnie), politycy PiS, na czele z prezesem Kaczyńskim, licznie i chętnie pielgrzymowali do nich i składali im hojne obietnice w formule "kiedy my dojdziemy do władzy...". Roztropnie więc czynią politycy obecnej opozycji - na czele z Grzegorzem Schetyną - że takich wizyt i obietnic nie składają. Dla opozycji sytuacja jest i tak komfortowa: PiS na konflikcie z niepełnosprawnymi traci, a odmawiając spełnienia ich finansowych roszczeń nie obciąża budżetu zobowiązaniami, które trzeba byłoby w przyszłości realizować, jak nieszczęsne 500+. PiS pognębiony, budżet uratowany - to dla opozycji optymalny wariant rozwoju sytuacji, możliwy bez jej aktywnego udziału. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje