​Samostanowienie

Prezydent Donald Trump podjął decyzje anulujące zainicjowany przez jego poprzednika proces obłaskawiania kubańskiego reżimu, zmierzający do wpływania na jego funkcjonowanie po dobroci, perswazją i obietnicą poprawy stosunków, a w przyszłości włączenia Kuby do wspólnoty międzynarodowej i światowej kooperacji. Krok to pochopny, bo było chyba zbyt wcześnie aby ocenić skuteczność tego zmiękczającego podejścia i uznać je za nierokujące nadziei na stopniową zmianę sytuacji w jednej z ostatnich enklaw dogmatycznego komunizmu.


Reklama

Pod wpływem kubańskich emigrantów w USA prezydent Trump postanowił jednak wrócić do polityki twardych nacisków, ostrych sankcji i rygorystycznej izolacji. Szkopuł w tym, że takie metody stosowano przez kilkadziesiąt wcześniejszych lat i też okazywały się nieskuteczne. Podobnie jak wszelkie inne, w tym zbrojna inwazja kubańskich uchodźców, próby zamachu na Fidela Castro, blokada morska i co tam jeszcze. Kuby, podobnie jak Korei Północnej, nie dotknął też upadek systemu komunistycznego, opartego na dominacji i wsparciu Związku Sowieckiego. Nic nie zmieniły wizyty Jana Pawła II i Baracka Obamy, a nawet śmierć Fidela Castro. Wrażenia nie wywarło na kubańskich komunistach załamanie bratniego reżimu w Wenezueli, gdzie od wielu miesięcy opozycja i tłumy demonstrantów podkopują pozycję obozu "boliwariańskiego socjalizmu", skupionego wokół prezydenta Maduro. Reżim kubański wciąż trwa i wydaje się impregnowany na wszystkie możliwe oddziaływania.

Tym bardziej to zastanawiające, że komunistyczna Kuba nie ma obecnie żadnego znaczącego patrona ani wpływowego sojusznika zewnętrznego, a więc stosunki panujące na wyspie wydają się zależne wyłącznie od wewnętrznego układu sił. Oczywiście, reżim jest represyjny i trzyma obywateli twardą ręką za twarz, tłumiąc brutalnie wszelkie przejawy nieposłuszeństwa. Ale opozycja - w przeciwieństwie do wspomnianej sąsiedniej Wenezueli - wydaje się wątła, choć kraj nie jest ani tak szczelnie izolowany, ani tak zmilitaryzowany jak Korea Północna.

W każdym razie wygląda na to, że zmiana sytuacji w tym jednym z ostatnich skansenów komunizmu zależy od samych Kubańczyków i bez masowego ich buntu nie będzie możliwa. Polityka izolowania, nakładania sankcji czy ograniczania kontaktów ze światem zewnętrznym może pogorszyć sytuację gospodarczą, co wywołałoby społeczne niezadowolenie. Tyle, że sytuacja gospodarcza na wyspie od dawna jest już katastrofalna, a społecznej reakcji nie widać. A taką można było ostatnio zaobserwować choćby w Rosji, też dotkniętej sankcjami, izolacją i ograniczeniami kontaktów międzynarodowych. Większość Rosjan bodaj jednak nadal napawa się zagarnięciem Krymu i zachwyca buńczucznymi publicznymi wystąpieniami Putina.

Stwierdzenie, że każde społeczeństwo ma taki rząd, na jaki zasługuje, jest z pewnością dla wielu niesprawiedliwe i krzywdzące. Szczególnie gdy owe rządy są narzucone i wspierane z zewnątrz. Ale gdy są akceptowane, tolerowane, a zwłaszcza wybierane przez samych obywateli, wtedy ich odpowiedzialność staje się ewidentna. Turkom nikt nie narzucił reislamizacji, autorytaryzmu i izolacji od Zachodu. Sami taki polityczny zwrot zaaprobowali w wyborach i referendum.

W przypadku Kuby dochodzi jeszcze jeden czynnik: antyamerykanizm lewicowych europejskich i latynoskich elit, zdegustowanych perspektywą zastąpienia upadłego w kolejnym kraju socjalizmu wolnorynkowym kapitalizmem i powrotu amerykańskich korporacji na wyspę, z której zostały niegdyś wypędzone przez brodatych rewolucjonistów. A ponadto działa też turystyczna atrakcyjność karaibskiego skansenu, gdzie za grosze można spędzić urlop lub egzotyczną wycieczkę. Niektóre skanseny mają swój urok i są chętnie zwiedzane. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje